Tak byłem przybity bólem, że oto mistrz mój najdroższy umiera na mych rękach, iż to niespodziane spotkanie nie zadziwiło mnie nawet.
— Co to, mój synu? — zapytał alchemik.
— Przyjdź mi na pomoc, panie! — odrzekłem. — Ksiądz Coignard umiera, Mozaides go zabił.
— Prawda — rzekł pan d’Astarac — że Mozaides w starożytnej kolasie gonił aż tu swą siostrzenicę i że ja towarzyszyłem mu, mój synu, chcąc cię nakłonić, byś na nowo objął u mnie obowiązki twoje. Od wczoraj dość blisko dopędzaliśmy waszą karetę, która niedawno, jak widzieliśmy, przewróciła się do rowu. W tej samej chwili Mozaides wyszedł z kolasy i nie wiem, czy poszedł przejść się trochę, czy skorzystał z władzy, którą posiada, by stać się niewidzialnym, dość że nie widziałem go więcej. Możliwe, iż ukazał się już swej siostrzenicy, by ją przekląć, jak to było jego zamiarem. Ale nie on zabił księdza Coignarda. To elfy, mój synu, zabiły twego mistrza, by go ukarać, że zdradził ich tajemnice. Rzecz to absolutnie pewna.
— Ach, panie — zawołałem — wszystko jedno, czy zrobił to Żyd, czy elfy, trzeba go ratować!
— Nie wszystko jedno, mój synu, wręcz przeciwnie — rzekł pan d’Astarac. — Gdyby go ugodziła ręka ludzka, łatwo by mi było uleczyć za pomocą mych czarów; gdy tymczasem, skoro ściągnął na siebie gniew elfów, nie ujdzie ich zemsty niechybnej.
Gdy kończył te słowa, pan d’Anquetil i Jahela, zwabieni mymi krzykami, już się zbliżali wraz z pocztylionem, który niósł przed nimi latarnię.
— Co — zawołała Jahela — pan Coignard zemdlał?
Ukląkłszy przy nim, uniosła mu głowę i dała mu wąchać sole trzeźwiące.
— Jahelo — rzekłem — jesteś powodem jego zguby. Śmierć jego jest zemstą za twe porwanie. To Mozaides go zabił.