— Panie Coquebert, czy tu czas pili, czy też mogę jeszcze iść do swej zagrody? Białe mogłoby czekać; nie szkodzi, gdyby pleśnieć zaczęło, a nawet przez trochę deszczu wino byłoby smaczniejsze i obfitsze; ale czerwone trzeba zebrać zaraz.

— Ma słuszność ksiądz proboszcz — odrzekł Coquebert — w mej winnicy grona poczynają już pleśnieć; na to ocalały od słońca, by zginąć od deszczu!

— Niestety — rzekł proboszcz — wilgoć i susza to dwaj wrogowie winnic.

— Święta prawda — odparł cyrulik — ale muszę zbadać chorego.

To mówiąc, wetknął siłą palec w ranę.

— Ach! Oprawco! — krzyknął pacjent.

— Pamiętaj — rzekł proboszcz — że Zbawiciel przebaczył swym katom.

— Nie byli golibrodami — rzekł ksiądz.

— Oto niedobre słowa — rzekł proboszcz.

— Z umierającym nie należy spierać się o żarty — odrzekł mój drogi mistrz. — Cierpię okrutnie: ten człowiek mnie zamordował i umieram dwa razy. Pierwszy raz z ręki Żyda.