— Tylko zrób to zaraz, mój panie — rzekłem.
— Cierpliwości! Trzeba naprzód ją obmyć; czekam teraz, aż się woda zagrzeje w kociołku.
Mój drogi mistrz, który był trochę przyszedł do siebie, rzekł wolno, dość silnym głosem:
— Z lampą w ręku zwiedzi zaułki jerozolimskie i co było ukryte w ciemności, wyprowadzi na światłość dzienną.
— Co mówisz, mój mistrzu drogi?
— Zostaw mnie, synu — odrzekł — mówię o rzeczach stosownych do stanu, w jakim jestem.
— Woda już ciepła — rzekł felczer — trzymaj pan miednicę przy łóżku, obmyję ranę.
Podczas gdy felczer gąbką w ciepłej wodzie maczaną obmywał pierś mego drogiego mistrza, wszedł do pokoju proboszcz, sprowadzony przez panią Coquebertową. Miał on koszyk i nożyczki w ręku.
— To więc jest ten biedak — rzekł. — Szedłem już do swych winnic, ale naprzód należy mieć pieczę o winnicy Chrystusowej. Synu mój — dodał, zbliżając się do łóżka — ofiaruj Bogu twoje cierpienie, może nie jest ono tak wielkie, jak się zdaje; ale zresztą trzeba się zgodzić z wolą Boską.
I zwracając się do felczera, zapytał: