W tej chwili pocztylion wrócił z koniem; mój drogi mistrz tymczasem przyszedł był trochę do siebie. We czterech podnieśliśmy go i z wielkim trudem umieścili i przywiązali na koniu, po czym wolno puściliśmy się w drogę. Ja podtrzymywałem księdza Coignarda z jednej, pan d’Anquetil — z drugiej strony, pocztylion wiódł konia za uzdę i świecił latarnią, Jahela, płacząc, szła za nami. Pan d’Astarac powrócił do swojej kolasy. Szliśmy wolniutko i wszystko dobrze było, póki byliśmy na szosie, ale gdy trzeba było wspinać się po wąskiej ścieżce wśród winnic, ksiądz Coignard zsuwał się za każdym poruszeniem konia, stracił resztę sił i zemdlał na nowo. Osądziliśmy, że lepiej będzie zdjąć go z siodła i zanieść na rękach. Pocztylion chwycił go pod pachy, ja zaś ująłem za nogi. Piąć się w górę było ciężko i kilka razy z moim żywym krzyżem o mało nie upadłem na kamienie. Wreszcie droga stała się mniej stroma; zapuściliśmy się już na wzgórzu na ścieżkę z dwóch stron płotami okoloną i niebawem ujrzeliśmy na lewo pierwsze dachy Vallars. Ten widok dodał nam otuchy; złożyliśmy na ziemi nasze smutne brzemię, by odetchnąć trochę; po czym, podjąwszy znów nasz ciężar, dotarliśmy do wsi.
Różowy brzask unosił się na wschodzie ponad widnokręgiem. Na bladym niebie gwiazda poranna lśniła równie jasno i spokojnie jak księżyc, którego wąski róg bladł na zachodzie. Ptactwo poczynało śpiewać; mój drogi mistrz westchnął.
Jahela biegła przed nami, pukając do domów, by znaleźć felczera325 i łóżko. Z kobiałkami i koszami ludzie szli do winnic; jeden z nich objaśnił Jaheli, że u Gaularda na rynku jest zajazd dla ludzi i koni.
— Co do felczera Coqueberta — dodał — oto stoi on sam pod blachami swego szyldu; wychodzi z domu, by iść do winnicy.
Ów felczer był to człowiek małego wzrostu, bardzo uprzejmy; oznajmił nam, że wydawszy niedawno córkę za mąż, może mieć w domu łóżko dla rannego. Zaraz też kazał żonie, tęgiej jejmości326 w białym czepcu i filcowym kapeluszu na głowie, rozesłać świeże prześcieradło na łóżko w pokoju na dole. Jejmość pomogła nam rozebrać i ułożyć księdza Coignarda, po czym wyszła po proboszcza.
Tymczasem pan Coquebert przyglądał się ranie.
— Widzisz pan — rzekłem — rana jest mała i krwawi niewiele.
— To niedobrze i nie podoba mi się wcale, mój paniczu — odrzekł. — Lubię rany szerokie i mocno krwawiące.
— Widzę — rzekł pan d’Anquetil — że jak na golibrodę i cyrulika327 wiejskiego nieźle znasz się na rzeczy. Nie ma nic gorszego niż te małe, głębokie rany, które na pozór zdają się drobnostką. Co innego na przykład dobra szrama na twarzy; patrzeć na nią przyjemnie i goi się wnet. Wiedz, waszeć, że ten ranny jest moim jałmużnikiem i partnerem do pikiety. Czy potrafisz mi go na nogi postawić, mimo, że z miny zdajesz się raczej zdatny tylko do dawania lewatyw?
— Do usług pańskich — odrzekł, kłaniając się cyrulik-golibroda. Ale składam także złamane członki i opatruję rany. Zbadam zaraz tę ranę.