Zabierając swój koszyk i nożyczki, proboszcz rzekł:

— Lepiej niż po sutannie twojej, leżącej na tym zydlu, miarkuję ze słów twych, mój synu, że należysz do stanu duchownego i wiodłeś żywot świątobliwy. Czy otrzymałeś był święcenia?

— Mój mistrz jest księdzem — rzekłem — doktorem teologii i profesorem wymowy.

— A z jakiej diecezji — spytał proboszcz.

— Z diecezji biskupa sufragana z Séez w Normandii.

— Znaczna to prowincja kościelna — rzekł proboszcz — ale co do starożytności i świetności nie dorówna diecezji z Reims, do której ja należę.

Proboszcz wyszedł. Hieronim Coignard przebył dzień spokojnie. Jahela postanowiła noc spędzić przy chorym. O jedenastej w nocy opuściłem dom pana Coqueberta i udałem się szukać noclegu w oberży imci Gaularda. Na rynku zastałem pana d’Astarac, którego długi cień przy blasku księżyca wydłużał się na plac cały. Położył mi jak zwykle rękę na ramieniu i rzekł z właściwą mu powagą:

— Mój synu, czas już, abym cię przestrzegł, bo po to tylko towarzyszyłem Mozaidesowi. Widzę, że srodze trapią cię chochliki. Te małe duchy ziemskie osaczyły cię, oszukały wszelkiego rodzaju czarami, uwiodły tysiącem kłamstw i w końcu popchnęły do ucieczki z mego domu.

— Niestety, panie — odrzekłem — prawda to, że porzuciłem dom twój z pozorną niewdzięcznością, za którą bardzo przepraszam. Ale wygnali mnie stamtąd policjanci, a nie chochliki. Mój drogi mistrz leży zamordowany; to też nie fantasmagoria.

— Nie ulega wątpliwości, że ten nieszczęśliwy ksiądz został śmiertelnie ugodzony przez sylfy, których tajemnice był zdradził. Ściągnął mi ze szafy kilka kamieni, które były niedokończoną pracą sylfów i ani blaskiem, ani czystością bynajmniej nie dorównywały jeszcze diamentom. Ta chciwość i niedyskretnie rzucone słowo Agla rozgniewało ich najbardziej. Musisz wiedzieć, mój synu, że nawet filozofowi niepodobna powstrzymać zemsty tych gwałtownych istot. Drogą nadprzyrodzoną, a także i od Krytona dowiedziałem się o świętokradzkiej grabieży pana Coignarda, który w pysze swej pochlebiał sobie, że zdoła przeniknąć, jakim kunsztem salamandry, sylfy i gnomy zamieniają rosę poranną na kryształ i diamenty.