— Niestety, panie, zapewniam, że nie o tym wcale myślał ksiądz Coignard i że to ten okropny Mozaides pchnął go sztyletem na drodze.

Słowa te bardzo nie podobały się panu d’Astarac i z naciskiem prosił mnie, abym nic podobnego nie mówił więcej.

— Mozaides — dodał — jest na tyle dobrym kabalistą, że mógłby dosięgnąć swych nieprzyjaciół, nie goniąc za nimi po rozstajnych drogach. Gdyby chciał był zabić pana Coignarda, mógł to uczynić ze swego pokoju za pomocą magii. Widzę, że obce ci są jeszcze pierwsze zasady wiedzy. Prawdą jest natomiast, że ten mąż uczony, gdy mu wierny Kryton doniósł o ucieczce siostrzenicy, najął pocztę, by ją dognać i w danym razie zabrać z powrotem do domu. I byłby to uczynił niewątpliwie, gdyby był dostrzegł w duszy tej nieszczęśliwej choć cień żalu lub skruchy. Ale widząc, że ją do szpiku kości zepsuła rozpusta, wolał ją wykląć i przekląć w imię Globów, Kół i Bestii Eliaszowych — co też uczynił właśnie w mojej obecności w kolasie, do której się usunął, by nie podzielać stołu i łoża chrześcijan.

Milczałem, zdziwiony tak jawnym majaczeniem, ale ten człowiek mówił z tak przekonywającą wymową, że mnie to nieco nawet mieszało.

— Czemu — rzekł — nie chcesz przyjąć nauk filozofa? Jakąż to mądrość, mój synu, przeciwstawiasz mej mądrości? Zważ, że mądrość twoja mniejsza jest od mojej, a co do istoty swej nie różni się od niej. Mnie i tobie przyroda objawia się jako niezliczona mnogość kształtów, które zrozumieć i uszykować trzeba i które tworzą niby ciąg hieroglifów. Rozróżniasz łatwo niektóre z tych znaków i treść im nadajesz, ale zbyt skłonny jesteś zadowalać się tym, co pospolite i dosłowne, a nie dosyć szukasz ideału i symbolu. A jednak świat tylko jako symbol pojmować można; wszystko, co widzimy w wszechświecie, jest tylko pismem obrazowym, które ogół ludzki sylabizuje, nie rozumiejąc go wcale. Strzeż się, mój synu, mówić, rycząc jak osioł, językiem pospólstwa, na wzór uczonych zapełniających akademie. Raczej ode mnie weź klucz wszelkiej wiedzy!

Zatrzymał się chwilę, po czym tonem bardziej już familiarnym rzekł:

— Ścigany jesteś, mój synu, przez nieprzyjaciół nie tak strasznych jak sylfy i twoja salamandra z łatwością oswobodzi cię od chochlików, jeżeli tego od niej zażądasz. Powtarzam ci, że tylko po to przybyłem tu z Mozaidesem, by udzielić ci tych rad i nakłonić do powrotu dla dalszych naszych prac. Rozumiem, że chcesz zostać do końca przy twym nieszczęśliwym mistrzu, i daję ci na to swe przyzwolenie, ale potem wróć koniecznie do mnie. Żegnaj; tej nocy jeszcze wracam do Paryża z wielkim Mozaidesem, którego tak niesłusznie posądzasz.

Przyrzekłem mu, co tylko chciał, powlokłem się do oberży i rzuciwszy się tam na nędzne łoże, usnąłem zaraz, zmożony przez zmęczenie i żałość.

Nazajutrz wczesnym rankiem powróciłem do domu felczera. Jahela siedziała wyprostowana na wyplatanym krześle u wezgłowia mego mistrza, z głową nakrytą czarną chustką, uważna, skupiona i łagodna jak siostra miłosierdzia. Ksiądz Coignard, bardzo czerwony na twarzy, drzemał.

— Noc nie była dobra — rzekła po cichu. — Przemawiał, śpiewał, nazywał mnie siostrą Gertrudą, robił mi niestosowne propozycje. Nie jestem tym obrażona, ale dowodzi to, że chory bredzi.