— Niestety — zawołałem — gdybyś mnie nie była zdradziła, Jahelo, i nie uciekła na rozstajne drogi z tym szlachcicem, mój mistrz kochany nie leżałby teraz na tym łóżku z piersią przebitą!

— Toteż tylko nieszczęście naszego przyjaciela — odrzekła — doprawdy żalem mnie przejmuje. Bo co do reszty, nie warto zastanawiać się nad tym i nie pojmuję, Jakubie, jak możesz myśleć o tym w podobnej chwili.

— Myślę o tym zawsze — odrzekłem.

— Ja — rzekła — wcale o tym nie myślę. W trzech czwartych ty sam jesteś sobie powodem swej niedoli.

— Jakże to rozumiesz, Jahelo?

— Rozumiem to, mój drogi, tak, że jeśli ja ci dostarczam kanwy, to ty za to haftujesz na niej; wyobraźnia twoja zbyt uświetnia prostą rzeczywistość. Przysięgam ci, że w obecnej chwili nie pamiętam i czwartej części tego, co cię martwi, ty zaś tak uporczywie medytujesz nad tym przedmiotem, że rywal twój przytomniejszy jest tobie niż mnie samej. Nie myśl o tym, a mnie pozwól dać ziółka księdzu, bo widzę, że się budzi.

W tej chwili pan Coquebert zbliżył się do łóżka ze swymi przyborami, założył nowy opatrunek i rzekł głośno, że rana dobrze poczyna się goić. I wziąwszy mnie na bok, rzekł:

— Mogę zaręczyć panu, że ksiądz dobrodziej nie umrze z rany, którą otrzymał. Ale co prawda, obawiam się, że nie wykpi się z zapalenia opłucnej, wywołanego przez ranę. W tej chwili już ma silną gorączkę. Ale oto ksiądz proboszcz nadchodzi.

Mój dobry mistrz poznał go i uprzejmie zapytał, jakże się miewa.

— Lepiej niż moja winnica — odrzekł proboszcz — bo ta zniszczona jest przez owady i robactwo, przeciw któremu duchowieństwo z Dijon wystąpiło już w tym roku z piękną procesją, z chorągwiami i krzyżem. Na przyszły rok trzeba będzie wystąpić jeszcze uroczyściej i z rzęsistszym światłem. Oficjał będzie też musiał ponownie wykląć muchy, które niszczą winogrona.