— Księże proboszczu — rzekł mój drogi mistrz — mówią, że po twoich winnicach uganiasz się za dziewczętami. Fe! To niestosowne dla twego wieku. W młodości miałem jak ty pociąg do białogłówek, ale wiek uspokoił mnie bardzo i niedawno dałem przejść mniszce, nie zaczepiwszy jej nawet. Ty inaczej poczynasz z dziewczynami i butelką, księże proboszczu. Ale gorzej jeszcze, że nie odprawiasz mszy, za które ci zapłacono, i że frymarczysz328 dobrami Kościoła. Jesteś winien dwużeństwa i symonii329.

Słysząc te słowa, proboszcz, boleśnie zdziwiony, stanął z otwartymi ustami, z policzkami smutnie obwisłymi po obu stronach jego szerokiej twarzy.

— Co za niegodna zniewaga dla świętego stanu, w którym obleczon330 — westchnął, patrząc w ziemię. — Co za rzeczy on mówi, tak blisko już sądu Boskiego! Ach, księże, czyż to tobie przystoi mówić w ten sposób, tobie, który wiodłeś życie świątobliwe i studiowałeś dzieł tyle?

Mój mistrz uniósł się na łokciu, gorączka wróciła mu znowu, acz odmiennie, ten jowialny331 wyraz twarzy, który tak w nim lubiliśmy dawniej.

— Prawda to, żem studiował autorów starożytnych, ale nie jestem tak oczytany jak drugi wikariusz biskupa z Séez. Choć zewnątrz i wewnątrz był to osioł rzetelny, był więcej oczytany ode mnie — a to z tej prostej przyczyny, że zezował i zerkając okiem, czytał dwie stronice od razu. Cóż ty na to proboszczu, wstrętny oszuście, stary galancie332, który się po nocy wałęsasz za dziewkami? Proboszczu, twoja kochanka wygląda jak czarownica, ma obrośniętą brodę, jest to żona felczera, golibrody! Dokumentnie przypinacie mu rogi, ale dobrze tak temu homunkulusowi333, którego cała wiedza medyczna starczy ledwie do dawania lewatyw.

— Święty Boże, co on mówi! — zawołała pani Coquebert. — Chyba jest w mocy czarta.

— Słyszałem dużo chorych bredzących w malignie — rzekł pan Coquebert — ale żaden nie mówił tak szkaradnie.

— Przewiduję — rzekł proboszcz — że będzie nam trudniej, niż myślałem, doprowadzić tego chorego do dobrego końca. W naturze jego jest ostry humor i nieczystość, których nie zauważyłem był zrazu. Mówi on rzeczy niestosowne dla chorego i dla duchownego.

— To wynik gorączki — wtrącił felczer.

— Ale jeżeli tak pójdzie dalej — rzekł proboszcz — ta gorączka może zaprowadzić go do piekła. Poważnie wykroczył przeciwko szacunkowi, który należy się księdzu; niemniej powrócę jutro, by jeszcze doń przemówić, bo wzorem Pana naszego winienem dlań mieć miłosierdzie nieskończone. Ale na nieszczęście zrobiła się szpara w mej kadzi do tłoczenia wina, a wszyscy robotnicy są w winnicach. Coquebert, nie zapomnij powiedzieć o tym cieśli, a zawołaj mnie, gdyby stan chorego pogorszył się nagle. Tyle, widzisz, mam kłopotów, mój Coquebert.