Ojciec mój westchnął na myśl, że już nie ja będę po nim chorążym w zgromadzeniu kucharzy paryskich, a zaś matka moja rozpromieniła się z radości i dumy, że syn jej będzie osobą duchowną.

Moja kurtka sukienna miała na mnie ten przede wszystkim wpływ, że nabrałem pewności siebie i postanowiłem wyrobić sobie o kobietach pojęcie dokładniejsze niż to, które miałem dawniej dzięki Ewie pana Blaizot. W tym celu przyszła mi zaraz na myśl Joasia harfiarka i Kasia koronczarka; widywałem je dwadzieścia razy na dzień, jak przechodziły mimo52 okien, a podczas deszczu, unosząc spodnie i skacząc z kamienia na kamień, pokazywały drobne stopy i zgrabne, cienkie w kostkach łydki.

Joasia była nie tak ładna jak Kasia, była też starsza i gorzej się ubierała. Była rodem z Sabaudii i nosiła, zwyczajem swego kraju, na głowie chusteczkę w kratki; miała ona jednak tę zaletę, że nie robiła ceregieli i nim mówić zacząłeś, rozumiała, czego chcesz od niej. Takie postępowanie przypadało doskonale do mej nieśmiałości. Pewnego wieczora, na jednej z kamiennych ławek zdobiących portyk kościoła Świętego Benedykta, nauczyła mnie tego, czego nie znałem dotąd, a co ona znała już dawno. Nie byłem jej jednak tak wdzięczny, jakbym był powinien, i marzyłem tylko o tym, by z innymi, ładniejszymi, skorzystać z wiedzy, którą mi wszczepiła. Na moje usprawiedliwienie dodać muszę, że Joasia harfiarka nie większą niźli ja wagę do swego nauczycielstwa przywiązywała i że swych lekcji nie żałowała wszystkim łobuzom dzielnicy.

Kasia była powściągliwsza w obejściu, bałem się też jej i nie śmiałem jej powiedzieć, jak dla mnie jest piękna; jeszcze bardziej mieszało mnie to, że kpiła ze mnie i dokuczała mi przy lada sposobności. Śmiała się ze mnie, że mi się jeszcze wąs nie sypnął; a ja na to piekłem raki53 i rad byłbym skryć się pod ziemię, gdym ją spotykał. Przybierałem więc umyślnie smutną i ponurą minę, udawałem, że nią gardzę, ale była zbyt ładna, by ta pogarda mogła być szczera.

W noc ową, w noc Trzech Króli, a w dziewiętnastą rocznicę moich urodzin, podczas gdy deszcz zmieszany z śniegiem prószył z nieba i wilgocią przenikał do kości, a mroźny wiatr targał skrzypiącym szyldem „Królowej Gęsiej Nóżki” — na ognisku naszym przy jasnym płomieniu piekła się tłusta gęś, a my: pan Hieronim Coignard, ojciec i ja, siedzieliśmy już za stołem, białym obrusem nakrytym, z dymiącą wazą zupy pośrodku. Matka, swoim zwyczajem, stała za krzesłem pana domu, gotowa na jego usługi. Ojciec nalał właśnie talerz zupy księdzu, gdy drzwi skrzypnęły i na progu stanął brat Anioł, bardzo blady, z czerwonym nosem i z brodą ociekającą od deszczu. Ojciec mój ze zdziwienia podniósł łyżkę aż do zakopconych belek powały. Zdziwienie to było bardzo naturalne. Brat Anioł, który za pierwszym razem, po pobiciu kulawego nożownika, zniknął był na sześć miesięcy, tym razem przepadł bez wieści przez dwa lata. Wyruszył był na wiosnę z osłem objuczonym relikwiami, a co gorsza zabrał ze sobą Kasię, ubraną w suknie zakonne. Nikt nie wiedział, co się z nimi stało, ale przebąkiwano pod „Małym Bachusem”, że braciszek i siostra pomiędzy Tours a Orleanem mieli z oficjałem54 coś do czynienia. Prócz tego zaś wikary od Świętego Benedykta krzyczał na całe gardło, że ten wisielec kapucyn skradł mu osła.

— Co?! — zawołał mój ojciec. — Ten łajdak nie siedzi w kajdanach?! Nie ma już sprawiedliwości w królestwie naszym.

Lecz brat Anioł odmawiał Benedicite55 i robił znak krzyża nad wazą.

— Hola! — zawołał mój ojciec. — Dosyć tych min, piękny mnichu! Wyznaj, że z tych dwóch lat, w których nie widziano w parafii twej twarzy belzebubiej, przynajmniej rok przebyłeś w klasztorze w więzieniu. Ulica Świętego Jakuba zyskała na tym, była porządniejsza, cała dzielnica stała się bardziej godna szacunku. Patrzcie, co za piękny Olibrius56, który uprowadza na lasy i łąki osła bliźniego swego i dziewkę wszystkich!

— Zapewne — odparł brat Anioł, spuściwszy oczy i wsunąwszy ręce w rękawy habitu — zapewne, mości Leonardzie, mówisz o Katarzynie, którą szczęśliwie udało mi się nawrócić i nakłonić do cnotliwszego życia tak dalece, że zapragnęła towarzyszyć mnie i moim relikwiom i odbyć ze mną piękne pielgrzymki, mianowicie pielgrzymkę do Najświętszej Panny Czarnej z Chartres. Przystałem na to pod warunkiem, że przywdzieje szaty zakonne, co też bez szemrania uczyniła.

— Milcz — odpowiedział mój ojciec. — Jesteś rozpustnik, nie masz szacunku dla twej sukni zakonnej. Wracaj tam, skądeś tu przyszedł, a na ulicy zobacz tam z łaski swej, czy Królowa Gęsia Nóżka nie odmroziła czasem nosa.