Ale matka moja skinęła na braciszka, by usiadł pod okapem komina, co też ten powolnie uczynił.

— Trzeba wiele wybaczyć kapucynom — rzekł ksiądz — bo grzeszą oni bez złej myśli.

Ale i księdza Coignarda ojciec poprosił, by już nie mówił o tym plemieniu, na którego samo imię krew się w nim burzy.

— Mości Leonardzie — rzekł ksiądz — filozofia uczy nas pobłażania. Co do mnie, chętnie rozgrzeszam oszustów, nicponiów i wszelkiego rodzaju nędzarzy; nie mam zaś urazy nawet do ludzi porządnych, chociaż ich tryb postępowania świadczy o wielkiej arogancji. I gdybyś jak ja, mości Leonardzie, przebywał był w towarzystwie ludzi szanownych, przekonałbyś się, że nie są warci więcej od innych, a natomiast obcowanie z nimi jest nieraz daleko mniej przyjemne. Siadywałem za trzecim stołem u biskupa z Séez i dwaj słudzy czarno odziani: Przymus i Nuda, nieodstępni byli przy mym boku.

— Trzeba przyznać — rzekła matka — że lokaje jego ekscelencji księdza biskupa dziwne mieli imiona. Czemuś nie dał im innych, więcej w użyciu będących imion na przykład Champagne, Olivius, Frontin?

Ksiądz ciągnął dalej:

— Co prawda, są osoby, łatwo umiejące się zastosować do niewygód połączonych z obcowaniem z wielkimi tego świata. Przy drugim stole biskupa z Séez był bardzo uprzejmy kanonik, który do ostatniej chwili swego życia pozostał na stopie ceremonialnej. Dowiedziawszy się, że kanonik ów jest bardzo chory, ksiądz biskup odwiedził go i zastał konającego: „Niestety — rzecze kanonik — przepraszam waszą eminencję, że muszę umrzeć w jej obecności!” „Nic, to nic! Nie przeszkadzaj sobie” — odparł jego eminencja dobrotliwie.

W tej chwili matka wniosła pieczeń i postawiła ją przed ojcem z gestem tak pełnym godnego przejęcia się swym obowiązkiem, że ojciec, wzruszony, głośno, choć z pełnymi ustami, zawołał:

— Barbaro, jesteś świętą i zacną niewiastą!

— Istotnie — rzekł mój kochany mistrz — panią porównać można z cnotliwymi niewiastami z Pisma: oto małżonka podług przykazań Boskich.