— Dzięki Bogu — rzekła moja matka — nie zdradziłam nigdy wiary, którą zaprzysięgłam Leonardowi Ménétrier, mojemu mężowi, i spodziewam się, że teraz, gdy już najtrudniejszy czas minął, pozostanę mu wierna aż do śmierci. Pragnęłabym, by on tak samo dochowywał mi wiary, jak ja to czynię.
— Od pierwszego spojrzenia — rzekł ksiądz — widziałem, że jesteś pani uczciwą kobietą, bo przy pani doświadczałem spokoju, który nie miał w sobie nic ziemskiego.
Matka moja była osobą prostą, lecz niegłupią; zrozumiała też dobrze, co miał ksiądz na myśli, i odrzekła, że przed dwudziestoma laty, zanim ogień z komina i dym z półmisków uszkodziły jej urodę, byłby ją widział zupełnie inną. A że była trochę dotknięta, dodała, że i teraz jeszcze niejednemu podobać się może, bo piekarz z Auneau zawsze częstuje ją ciastkami, ilekroć przechodzi przez jego piekarnię; zresztą najbrzydsza nawet, dziewczyna czy mężatka, potrafi robić źle, gdy zechce.
— Moja kobiecina ma rację — rzekł ojciec. — Przypominam sobie, gdym był czeladnikiem u kucharza pod „Królewską Gęsią”, obok bramy Świętego Dionizego, pryncypał57 mój, wówczas chorąży zgromadzenia, jak dziś ja nim jestem, mawiał do mnie: „Już ja tam rogów mieć nie będę, żona moja za brzydka na to”. Te jego słowa zagrzały mnie, by zrobić to, co mu się wydawało tak niemożliwe. Pewnego rana, gdy wyjechał do La Vallée, udało mi się to za pierwszą próbą. Miał on rację; ta kobieta była istotnie bardzo brzydka, ale była dowcipna i wdzięczna.
Na to opowiadanie matka moja rozgniewała się na dobre i oświadczyła, że takich rzeczy ojciec rodziny wobec żony i syna opowiadać nie powinien, jeżeli chce szacunek ich zachować.
Ksiądz Hieronim Coignard, widząc, jak się aż zaczerwieniła ze złości, w dobrej myśli zręcznie odwrócił rozmowę. Zwracając się nagle do brata Anioła, który z dłońmi w rękawach pokornie siedział u ogniska, rzekł:
— Braciszku — rzekł — co to za relikwie woziłeś na grzbiecie osła ze stajni drugiego wikarego, w towarzystwie siostry Katarzyny? Czy czasem nie własne spodnie dawałeś do ucałowania dewotkom, jak pewien franciszkanin, którego przygody opisał Henry Estienne58?
— Ach, księże dobrodzieju — odrzekł brat Anioł z miną męczennika cierpiącego za prawdę — nie były to moje spodnie, lecz stopa świętego Eustachego59.
— Gdyby to nie było grzechem, byłbym przysiągł na to — rzekł ksiądz, wywijając udem kaczki. — Ci kapucyni wynajdują świętych, o których uczeni autorowie znawcy historii kościelnej nie słyszeli nigdy. Ani Tillemont60, ani Fleury61 nie wspominają o świętym Eustachym; bardzo niesłusznie wzniesiono w Paryżu kościół pod wezwaniem Świętego Eustachego, gdy jeszcze tylu świętych, uznanych przez poważnych autorów, dotąd na ten zaszczyt czeka. Żywot tego Eustachego jest stekiem śmiesznych baśni, tak samo jak życie świętej Katarzyny, która istniała jedynie w wyobraźni marnego bizantyjskiego mnicha. Nie chcę jednak zbytnio napadać na świętą Katarzynę, bo jest ona patronką pisarzy i znajduje się na szyldzie sklepu pana Blaizota, a sklep ten to miejsce najrozkoszniejsze na świecie.
— Miałem też — spokojnie ciągnął dalej braciszek — żebro świętej Marii Egipcjanki62.