— O co do tej, to uważam ją za bardzo świętą — rzekł ksiądz, ciskając ogryzioną kość w kąt pokoju. — Dała ona w życiu swym piękny przykład pokory. Wie pani — dodał, dotykając rękawa mojej matki — że święta Maria Egipcjanka w pielgrzymce do grobu Pańskiego napotkała głęboką rzekę, a nie mając pieniędzy na opłacenie przewozu, oddała przewoźnikom ciało swe jako zapłatę. Cóż waćpani na to?
Matka moja nie dowierzała najpierw całej tej historii, ale gdy ją zapewniono, że wydrukowano to w książkach i odmalowano na jednym z witraży w kościele w La Jussienne, uwierzyła wreszcie.
— Sądzę — rzekła — że trzeba być tak świętą jak ona była, by móc tak postąpić bez grzechu. Toteż nie odważyłabym się na to.
— Co do mnie — rzekł ksiądz — zgodnie z najsubtelniejszymi kazuistami63, pochwalam postępek tej świętej. Jest to zarazem nauka dla uczciwych kobiet, które ze zbytnią pychą zamykają się w swej wyniosłej cnocie. Przesadnie oceniają one powaby ciała i starannie strzegą tego, czym gardzić należy; gdy się zastanowić, czuć w tym przecie pewien rodzaj zmysłowości. Spotykamy niewiasty, którym się zdaje, że mają w sobie skarb do przechowania, że ich osoba nade wszystko obchodzi Boga i aniołów; mają się one za jakiś naturalny sakrament święty. Święta Maria Egipcjanka osądziła tę rzecz lepiej. Piękna i ślicznie zbudowana, uważała jednak, że byłoby zbytnią pychą zaniechać świętej pielgrzymki dla rzeczy, która sama przez się jest obojętna i jest raczej tylko miejscem umartwienia, nie zaś cennym klejnotem. Toteż umartwiła się, proszę pani, i tym czynem przedziwnej pokory wstąpiła na drogę pokuty, na której dzieł cudownych dokonała.
— Nie rozumiem was dobrze, księże dobrodzieju, jesteście za uczeni dla mnie.
— Tę wielką świętą — rzekł brat Anioł — w naturalnej wielkości wymalowano w kaplicy mojego klasztoru; za łaską Boską całe ciało jej pokryte jest długim i gęstym włosem. Przyniosę zacnej pani jej obrazek poświęcany.
Matka, wzruszona, za plecami ojca podsunęła braciszkowi wazę. Siedząc dalej w popiele komina, braciszek zamilkł i wetknął brodę w rosół.
— Pora teraz — rzekł mój ojciec — by odkorkować butelkę dobrego wina, które trzymam w zapasie na święta uroczyste, jak dzień Bożego Narodzenia, dzień Trzech Króli i świętego Wawrzyńca. Nie masz nic przyjemniejszego jak wypić w spokoju szklankę dobrego wina, u siebie w domu, z dala od natrętów.
Zaledwie wyrzekł te słowa, nagle otwarły się drzwi i w tumanie śniegu i wichru wysoki człowiek w czerni wbiegł do gospody.
— Salamandra, salamandra! — zawołał. I na nikogo nie zważając, nachylił się nad kominem i począł końcem kija swego grzebać w ognisku, z wielką krzywdą brata Anioła, wraz z rosołem łykającego teraz popiół i węgielki i kaszlącego bez litości. A czarny mąż dalej przebierał w szczapach, wołając: — Salamandra, widzę salamandrę! — Światło poruszanego ogniska rzucało na powałę cień jego postaci, niby cień wielkiego drapieżnego ptaka.