Ojciec mój był zdziwiony, a nawet dotknięty zachowaniem się tego gościa, ale umiał zapanować nad sobą. Wstał więc, serwetę na ramię zarzucił i zbliżywszy się do ogniska z dłońmi na biodrach, nachylił się nad nim. Gdy dostatecznie przyjrzał się zburzonemu ognisku i kapucynowi osypanemu popiołem, rzekł:

— Niech mi wasza wielmożność wybaczy — rzekł — ja widzę tu tylko marnego mnicha, a nie salamandrę. Nad tym nie boleję zresztą — dodał dalej — bo słyszałem, że jest to brzydkie zwierzę, porosłe włosem, z rogami i dużymi szponami.

— Co za wierutny fałsz! — odrzekł czarny pan. — Salamandry podobne są do kobiet, a raczej do nimf64, są przedziwnie piękne. Ale jakżeż mogę pytać się, czy widzisz salamandrę? By ją móc ujrzeć, trzeba być filozofem, a filozofów nie ma chyba w tej kuchni.

— Otóż myli się waćpan — rzekł ksiądz Coignard — jestem doktorem teologii i magistrem sztuk wyzwolonych65. Studiowałem moralistów greckich i łacińskich, których nauki umocniły mi ducha w przygodach życiowych, a głównie pisma Boecjusza były mi lekiem na męki istnienia. A oto przy mnie Jacobus Rożenek, mój uczeń, który umie na pamięć sentencje Publiusa Syrusa66.

Nieznajomy zwrócił na księdza oczy żółte, błyszczące nad nosem do orlego dzioba podobnym, i z większą grzecznością, niż należało się spodziewać po jego ponurej minie, począł przepraszać go, iż nie zauważył był od razu obecności ludzi uczonych.

— Niezmiernie prawdopodobne — rzekł — że salamandra ta przyszła tu dla pana lub dla jego ucznia. Najwyraźniej widziałem ją z ulicy, gdym przechodził mimo tej gospody. Byłoby ją teraz lepiej widać, gdyby ogień był silniejszy. Toteż trzeba żywo dąć w ognisko i dorzucać ognia jeśli się przypuszcza, że salamandra jest właśnie w kominie.

Na pierwszy ruch nieznajomego, skierowany znowu do ogniska, brat Anioł krajem habitu zakrył wazę i zamknął oczy.

— Panie — ciągnął dalej poszukiwacz salamandry — pozwól twemu młodemu uczniowi zbliżyć się do komina; niech powie nam, czy nie widzi nad płomieniem konturów kobiety.

W tej chwili dym wznoszący się pod okap komina zakręcił się ze szczególnym wdziękiem, tak że umysł nieco naprężony mógł dopatrzyć w nim krąglizn i wypukłości, niby piersi i bioder, toteż niezupełnie kłamałem był, mówiąc że istotnie coś niecoś dostrzegam.

Zaledwie to wyrzekłem, nieznajomy swą niepomiernie długą ręką z taką siłą uderzył mnie w ramię, że zdało mi się, jakoby złamał mi obojczyk.