— Mój chłopcze — rzekł łagodnym głosem, życzliwie patrząc na mnie — musiałem ci dać tak silne wrażenie, byś nie zapomniał nigdy, żeś widział był salamandrę. Znaczy to, iż przeznaczono ci, byś został uczonym, a może i magiem. Istotnie, i mina twoja korzystnie mi świadczy o twych zdolnościach.

— Wielmożny panie — rzekła matka moja — on może nauczyć się wszystkiego, co zechce. Może zostanie księdzem, jeżeli taka będzie łaska Boska.

Ksiądz Hieronim Coignard dodał, że skorzystałem nieco z jego nauk, a ojciec zapytał, czy jaśnie wielmożny pan nie chce nic jeść.

— Nie odczuwam najmniejszej potrzeby jedzenia — rzekł nieznajomy — mogę łatwo przez rok i dłużej nie jeść nic, zażywając za to eliksiru, którego skład znany jest tylko filozofom. Jest to zdolność właściwa nie tylko mnie samemu, jest ona udziałem wszystkich mędrców i wiadomo, że słynny Cardan67 kilka lat nie jadł był wcale bez najmniejszego szwanku dla zdrowia, przeciwnie, umysł jego w tym czasie nabył szczególnej żywości. Jednak by zrobić wam przyjemność, zjem, co mi tu podacie.

I bez ceremonii zasiadł za naszym stołem, do którego i brat Anioł — wstawiwszy swój zydel pomiędzy krzesło moje i mego nauczyciela — po cichu się przysunął, by nie stracić swojej cząstki pasztetu z kuropatw, który matka właśnie na stół wniosła.

Filozof rzucił płaszcz na poręcz krzesła i zobaczyliśmy wtedy, że miał brylantowe guziki przy ubraniu. Siedział nadal zatopiony w myślach, cień nosa zakrywał mu usta, a policzki tak miał zapadłe, że dokładnie odznaczały się szczęki. Ponure jego usposobienie udzielać się poczęło całemu towarzystwu, nawet mój drogi mistrz pił w milczeniu i słychać tylko było brata Anioła, żującego swój pasztet. Nagle filozof rzekł:

— Im bardziej zastanawiam się, tym bardziej jestem przekonany, że salamandra przyszła tu dla tego młodego chłopca — tu wskazał na mnie końcem swego noża.

— Jeżeli salamandry są rzeczywiście takie, jak pan nam zaręcza — odrzekłem na to — to przybycie jej tu jest dla mnie nie lada zaszczytem, za com mocno jej zobowiązany; lecz, prawdę mówiąc, odgadłem ją raczej, niż widziałem, i to pierwsze spotkanie, nie zaspokoiło mej ciekawości, lecz tylko ją podnieciło.

Mego kochanego mistrza dławiło milczenie, więc nagle wybuchając, głośno się odezwał:

— Mości panie, mam lat pięćdziesiąt jeden, jestem licencjatem sztuk i doktorem teologii, przestudiowałem wszystkich autorów greckich i łacińskich, których nie zniszczył czas i złość ludzka, a w żadnym z nich nie ma wzmianki o salamandrach, skąd wedle praw rozumu wnoszę, że nie istnieją wcale.