Kapucynowi słuchającemu tej przemowy zdało się, że słyszy i widzi czarta we własnej osobie, zwłaszcza że nieznajomy ze swymi ognistymi oczami, haczykowatym nosem, ciemną cerą i chudą długą postacią miał z diabłem pewne podobieństwo. Dusza kapucyna, już przedtem zdziwiona, teraz pogrążyła się w świętej trwodze; czuł już na sobie szpony Złego Ducha, zaczął trząść się całym ciałem. Zgarnąwszy, co się dało, smacznych kęsków do kieszeni, wstał z wolna i rakiem idąc, wymknął się wreszcie, szepcąc po cichu egzorcyzmy.
Filozof nie zwrócił na to uwagi, wyjął z kieszeni ubrania małą, w stary pergamin oprawną książkę i otwarłszy ją, podsunął mnie i memu kochanemu mistrzowi. Był to stary tekst grecki, tak pełen skróceń i ligatur77, że zdawał mi się raczej zbiorem znaków czarnoksięskich; ale ksiądz Coignard, założywszy na nos okulary i trzymając książkę w należytej dla swego wzroku odległości, z łatwością zaczął odczytywać te litery, podobniejsze do splątanego motka nici niż do liter prostych i spokojnych mojej edycji świętego Jana Chryzostoma78, na której uczyłem się języka Ewangelii i Platona.
Gdy skończył czytać, mój mistrz rzekł:
— Ten ustęp tak przełożyć należy, mości panie: „Wykształceni Egipcjanie najpierw uczą się liter zwanych epistolograficznymi, następnie liter hieratycznych, którymi pisane są hierogramaty, w końcu zaś hieroglifów”. — I zdejmując okulary, rzekł triumfująco: — Tak, tak mości filozofie, nie brać starego wróbla na plewy. Jest to ustęp z piątej księgi Stromatów, których autor, Klemens Aleksandryjski79, nie jest na liście świętych męczenników, z przyczyn uczenie przez papieża Benedykta XI80 wykazanych, a z których najważniejszą była ta, że ojciec ten błądził nieraz w rzeczach wiary. Niełaska ta musi mu być obojętna, zważywszy filozoficzny wstręt do męczeństwa, jakim odznaczał się za życia. Nad męczeństwo wolał wygnanie i tak to swym prześladowcom starannie oszczędził zbrodni; był to bowiem bardzo zacny człowiek. Umysł miał żywy, obyczaje czyste, a nawet surowe, pisał wytwornie, lubił bardzo alegorie i sałatę.
Filozof wyciągnął rękę, by odebrać książkę memu uczonemu mistrzowi. Mnie zdało się, że ręka ta wydłuża się niepomiernie i sięga sama na drugi koniec stołu.
— Dość — rzekł filozof, chowając Stromaty Klemensa Aleksandryjskiego do kieszeni — dość, widzę że znasz ksiądz grekę i że dobrze przełożyłeś ten ustęp co do jego znaczenia dosłownego i pospolitego. Zapewnię los twój i los twego młodego ucznia; powierzę wam obu tłumaczenie tekstów greckich, które otrzymałem z Egiptu.
I zwracając się do mego ojca, dodał:
— Spodziewam się, mości kucharzu, że powierzysz mi twego syna, bym go wykierował na uczonego i porządnego człowieka. Gdyby miało to być zbyt wielką ofiarą dla twej miłości ojcowskiej, gotów jestem z własnej kieszeni opłacić kuchcika, który go zastąpi.
— W takim razie nie będę przeszkadzał waszej wielmożności być dobroczyńcą mego syna.
— Pod warunkiem — dodała matka — że nie będzie to z krzywdą jego duszy. Przysięgnij mi pan, że jesteś dobrym chrześcijaninem.