Upewniwszy się, że idziemy za nim, milczący Kryton poszedł z nami po schodach aż na poddasze; tu, skręciwszy w długi korytarz, wskazał nam dwa bardzo czyste pokoje, gdzie wesoło płonął ogień na kominku. Nie przypuszczałbym nigdy, by zamek tak zniszczony na zewnątrz, z popękanymi murami, zda się, i wybitymi oknami, mógł mieć tak porządne jeszcze pokoje.
Zacząłem rozglądać się po naszym mieszkaniu. Okna nasze wychodziły na pole, widać z nich było błotniste wybrzeża Sekwany aż do Mont-Valérien. Rzuciwszy okiem na sprzęty, dostrzegłem na łóżku popielaty frak, odpowiednie doń spodnie, kapelusz i szpadę; na dywanie stała zgrabna para trzewików ze sprzączkami, obcas przy obcasie, noskami na zewnątrz, jakby już same przez się świadome były zasad dobrego ułożenia. Brałem stąd korzystną dla nas wróżbę o szczodrobliwości naszego pana i na cześć jego bardzo starannie zająłem się swoją toaletą; pudrem, którego całe pudełko znalazłem na stoliku, obficie posypałem włosy, w szufladzie komody znalazłem koszulę z koronkami i białe pończochy. Wdziawszy to wszystko: nowe pończochy, koszulę, spodnie, kamizelkę, frak, zacząłem kręcić się w kółko po pokoju, z kapeluszem pod pachą i ręką opartą na rękojeści szpady; co chwila przy tym spoglądałem w zwierciadło i żałowałem, że Kasia koronczarka nie może mnie widzieć w tym eleganckim stroju.
Od jakiegoś już czasu oddawałem się temu zajęciu, gdy ksiądz Hieronim Coignard wszedł do mego pokoju w nowym rabacie107 i bardzo godnej pelerynce.
— Rożenku — zawołał — tyżeś to, mój synu? Nie zapomnisz chyba, że piękne te szaty zawdzięczasz nauce, której ci udzielałem. Strój ten przystoi humaniście takiemu jak ty, gdyż humanitates znaczy wytworność. Lecz spójrz, proszę cię, na mnie i osądź, czy dobrze wyglądam: w tym ubraniu czuję się bardzo porządnym człowiekiem. Ten pan d’Astarac wydaje mi się dosyć szczodry. Szkoda tylko że jest obłąkany; choć pod jednym przynajmniej względem musi być człowiekiem rozumnym, skoro sługę swego nazwał Krytonem, czyli sędzią. Bo rzeczywiście, słudzy nasi są świadkami, a czasem kierownikami nawet wszystkich naszych czynów. Gdy lord Verulam108, kanclerz Anglii, mąż uczony — choć filozofia jego nie jest w moim guście — wszedł do Wielkiej Izby, gdzie miano go sądzić, jego dworscy, strojni z przepychem, panującym w ogóle w domu kanclerza, powstali z miejsc dla uczczenia swego pana. „Siadajcie — rzekł im lord Verulam — podnosząc się, poniżacie mnie”. Bo w istocie, te łotrzyki przez niezmierne wydatki doprowadzili go do ruiny i skłonili do sprzeniewierzeń i przekupstw, za które sądownie odpowiadać musiał. Rożenku, niech przykład lorda Verulam, kanclerza Anglii, autora Novum organum, będzie ci, synu, zawsze przytomny109. Wracając zaś do pana d’Astarac, w którego służbie jesteśmy, szkoda wielka, że jest to czarownik i że zajmuje się kunsztami wyklętymi. Wiesz, synu, że jestem drażliwy w rzeczach wiary i ciąży mi to niemało, żem na służbie kabalisty110, który nasze Pismo Święte, by niby lepiej je zrozumieć, wykręca do góry nogami. Jeżeli jednak, jak to nazwisko jego i wymowa wskazuje, jest on szlachcicem gaskońskim — możemy być spokojni. Gaskończyk może zawrzeć pakt nawet z diabłem — bądź pewny, że diabła oszuka.
Dzwonek, sygnał obiadowy, przerwał naszą rozmowę.
— Rożenku, mój synu — rzekł mój zacny mistrz, schodząc ze schodów — przy obiedzie patrz uważnie i naśladuj wszystkie moje ruchy. Jadałem przy trzecim stole biskupa z Séez i wiem, jak należy się zachować, jest to kunszt niemały; jeść po pańsku trudniej jest niż po pańsku mówić.
W jadalni stół był już na trzy osoby nakryty; zasiedliśmy z panem d’Astarac.
Kryton usługiwał i wnosił kolejno na stół galarety, groch chyba tuzin razy przecierany, różne gęste sosy, ale pieczeń ciągle się nie zjawiała. Mistrz mój i ja staraliśmy się usilnie ukryć nasze zdziwienie; pan d’Astarac dostrzegł je jednak i rzekł do nas:
— Obiad dzisiejszy to tylko próba i jeżeli uważacie, że nie zbyt szczęśliwa, nie będę się przy tym upierał, każę dawać wam potrawy pospolitsze i sam nawet nimi nie pogardzę. Jeżeli potrawy te, którymi częstuję was dzisiaj, są źle przyrządzone, nie winą to mego kucharza, lecz raczej winą chemii, która jest dotąd w powijakach. Ale dzisiejszy obiad daje wam pewne pojęcie o tym, co będzie się dziać w przyszłości. Obecnie ludzie jedzą niefilozoficznie, nie żywią się jak istoty rozumne, nie myślą nawet o tym. Bo i o czym też ludzie myślą? Prawie wszyscy żyją w bezmyślności, a i ci, którzy umieją się zastanawiać, zajmują się głupstwami, poetyką lub dialektyką. Przyjrzyjcie się, panowie, posiłkowi ludzkiemu, począwszy od owych czasów dalekich, gdy zerwało się obcowanie ludzi z sylfami i salamandrami; ludzie opuszczeni przez duchy powietrzne pogrążyli się w ciemnocie i barbarzyństwie, żyli nadzy i nędzni w jaskiniach, nad brzegami potoków lub wśród drzew po lasach. Myślistwo było jedynym ich przemysłem111; gdy udawało im się jakie zwierzę lękliwe podejść lub doścignąć w biegu, pożerali tę zdobycz na pół jeszcze żywą i drgającą.
Zjadali także swoich towarzyszy i zniedołężniałych rodziców: głuche, zgłodniałe trzewia były pierwszym żyjącym cmentarzem ludzkim. Po długich wiekach dzikości zjawił się człowiek boski, przez Greków Prometeuszem zwany. Nie ulega wątpliwości, że w schronieniu nimf obcować on musiał z salamandrami. Od nich to przejął i śmiertelników nikczemnych nauczył, jak wytworzyć i zachować ogień. Jedną z licznych korzyści tego boskiego podarku była możność gotowania pożywienia, uczynienia go w ten sposób lżejszym i subtelniejszym. I w znacznej mierze dzięki pokarmom, które przeszły przez dobroczynne działanie ognia, ludzie stali się z wolna i stopniowo rozumni, zabiegliwi, przemyślni, zdolni do uprawiania sztuk i nauk.