Zaledwie pan d’Astarac wyszedł, mój drogi mistrz zasiadł przed papirusem Zosimosa i uzbroiwszy się w lupę, którą znalazł na stole, zabrał się do odczytywania. Zapytałem go, czy nie zdziwiony jest tym, co słyszał przed chwilą.
Nie podnosząc nawet głowy od księgi, rzekł:
— Synu, za dużo poznałem ludzi rozmaitych i zbyt różne przechodziłem losy, bym miał czemukolwiek się dziwić. Ten szlachcic zdaje się być szaleńcem, nie tyle może dlatego, że jest nim w istocie, ile że myśli jego tak zupełnie są różne od myśli pospolitego ogółu. Lecz gdy zastanowimy się nad tym, co w ogóle na każdym kroku się mówi, musimy przyznać, że w tych zdaniach pospolitych jest często jeszcze mniej sensu niż w tym, co mówił nasz filozof. Umysł ludzki, sam sobie pozostawiony, zamki swe i świątynie stawia w obłokach, i rzeczywiście pan d’Astarac wcale nieźle lata po chmurach. Prawda jest tylko w Bogu; nie zapominaj o tym, mój synu. Ale to jest rzeczywiście dzieło Imouth, które Zosimos Panopolitańczyk napisał dla siostry swej Theozebii. Cóż to za zaszczyt i rozkosz czytać ten rękopis jedyny, cudem odnaleziony! Dnie i noce na to poświęcę. Litość mam, synu, nad tymi nieukami, których próżniactwo popycha do rozpusty; jakże nędzny wiodą oni żywot! Czymże jest kobieta w porównaniu z papirusem aleksandryjskim! Porównaj tylko, proszę, tę cenną bibliotekę z „Małym Bachusem”, a towarzystwo tego cennego manuskryptu z pieszczotami dziewcząt w altanie oberży i powiedz, synu, w czym naprawdę znaleźć można zadowolenie. Ja przynajmniej, biesiadnik Muz, dopuszczony do tych cichych uczt medytacji, przez retora z Madaury130 sławionych wymownie, nie waham się w wyborze i dziękuję Bogu, że jestem porządnym człowiekiem.
Przez pięć czy sześć tygodni ksiądz Hieronim Coignard, wierny przyrzeczeniu, dzień i noc ślęczał nad dziełem Zosimosa Panopolitańczyka. Przy obiadach, które spożywaliśmy w towarzystwie pana d’Astarac, rozmowa toczyła się wyłącznie o gnostykach i o wiedzy starożytnych Egipcjan. Niewiele jeszcze umiejąc, nie bardzo byłem pomocny memu drogiemu mistrzowi, ale starałem się jak najlepiej wypełniać jego zlecenia; praca ta sprawiała mi nawet przyjemność. I doprawdy żyliśmy szczęśliwie i spokojnie. Siódmego tygodnia pan d’Astarac pozwolił mi odwiedzić rodziców w ich gospodzie. Po kilku tygodniach nieobecności gospoda wydała mi się szczególnie mała; zastałem tylko matkę, samą i smutną.
— Jakżem rada, Kubusiu! — krzyknęła, widząc mnie wystrojonego po pańsku. I z płaczem jęła mnie ściskać i całować.
Uspokoiwszy się i otarłszy łzy rozczulenia rąbkiem fartucha, rzekła:
— Ojciec twój jest pod „Małym Bachusem”. Od czasu twego wyjazdu chodzi tam coraz częściej pod pozorem, że dom stał mu się pusty i smutny przez twą nieobecność. Rad będzie bardzo cię zobaczyć. Ale powiedz mi, mój Kubusiu, czy kontent jesteś z twego nowego położenia? Żałowałam, żem dała ci pójść do tego szlachcica i na spowiedzi wyznałam przed księdzem wikarym, że w tym postanowieniu miałam więcej na względzie twoje dobro doczesne niż zbawienie twej duszy. Ksiądz wikary zgromił mnie dobrotliwie i kazał mi iść za przykładem zacnych niewiast Pisma Świętego. Wymienił mi imiona kilku takich niewiast, ale nie mogłam ich zapamiętać. Zresztą niedługo się mną zajmował, gdyż był to sobotni wieczór i kościół pełen był penitentek.
Uspokoiłem, jak mogłem, matkę i tłumaczyłem jej, że u pana d’Astarac pracuję nad greką, która jest językiem Ewangelii. Ucieszyło ją to, ale pozostała jeszcze zakłopotana.
— Nie zgadniesz nigdy, mój Kubusiu — rzekła — kto mi mówił o panu d’Astarac: Cadette Saint-Avit, gospodyni proboszcza od Świętego Benedykta. Pochodzi ona z Gaskonii, z miejscowości sąsiadującej z włościami, których pan d’Astarac jest dziedzicem. Wiesz, że Cadette Saint-Avit jest to osoba wiekowa, jak przystoi gospodyni proboszcza. W młodości swej tam na wsi znała ona trzech panów d’Astarac, z których jeden, kapitan okrętu, utonął na morzu; był to najmłodszy z nich. Drugi, pułkownik, zginął w jakiejś wojnie; najstarszy, Herkules d’Astarac, jedyny został przy życiu. Jest to ten właśnie, w którego służbie jesteś, jak ufam, dla dobra twego, mój Kubusiu. W młodości swojej był podobno wytworny w ubraniu, szczodry i szlachetny w obyczajach, lecz ponurego usposobienia; trzymał się z dala od służby publicznej i nie chciał wejść w służbę królewską, tak jak uczynili bracia jego i znaleźli w niej śmierć zaszczytną. Zwykł był mawiać, że nie masz dlań nic nędzniejszego nad szlachetne rzemiosło wojenne i że wyżej ceni prostego wieśniaka niż brygadiera lub marszałka Francji. Takie były jego zapatrywania; wydały mi się nie tyle złe lub przewrotne, ile śmiałe i dziwaczne. Muszą jednak być potępienia warte, bo Cadette Saint-Avit mówiła, że proboszcz ganił je, iż są niezgodne z porządkiem przez Boga na świecie ustanowionym i sprzeczne z pewnymi ustępami Biblii, gdzie Bogu nadana jest nazwa kwatermistrza131. Skoro tak, to byłby to grzech wielki. Ten pan Herkules miał taką niechęć do dworu, że nie pojechał nawet do Wersalu przedstawić się jego królewskiej mości, jak to jest przywilejem jego pochodzenia. Zwykł był mawiać: „Mnie król nie odwiedza i ja też doń się nie wybieram”. Rozumiesz, mój Kubusiu, że jest to zdanie wcale nie naturalne.
Matka spojrzała na mnie z niepokojem i ciągnęła dalej: