— Jakubie Rożenku — rzekł — pamiętaj, synu, że umysł oświecony odrzuca wszystko, co sprzeciwia się rozumowi. Wyjątek stanowią tylko sprawy wiary, którym ślepo wierzyć trzeba. Dzięki Bogu nie błądziłem nigdy w dogmatach naszej wiary świętej i spodziewam się tych samych być przekonań i w ostatniej godzinie.
Tak rozmawiając, doszliśmy do pałacu. Dach jego, oświetlony czerwonym blaskiem, odbijał silnie wśród otaczających go ciemności. Z jednego komina wylatywały snopy iskier i złotym deszczem spadały na ziemię; dym gęsty wypełzał ku górze. Myśleliśmy obaj, że pałac płonie, mój mistrz włosy rwał z głowy i narzekał:
— Mój Zosimos, moje papirusy, greckie rękopisy! Na pomoc, na pomoc!
Biegnąc przez główną aleję, roztrącając kałuże, w których odbijały się blaski pożaru, przebiegliśmy park cichy, pusty i w głębokich ciemnościach pogrążony. W pałacu wszystko zdawało się uśpione; na ciemnych zupełnie schodach, po których biegliśmy ku górze, skacząc po kilka stopni od razu, słychać było huczenie ognia. Przystawaliśmy od czasu do czasu, starając się rozpoznać, skąd ten odgłos dochodzi.
Zdawało się nam, że huczenie idzie z korytarza na pierwszym piętrze, na którym dotąd noga nasza jeszcze nie postała. Po omacku skierowaliśmy się w tę stronę i zobaczywszy przez szpary w zamkniętych drzwiach czerwony blask, całą siłą naparliśmy podwoje. Uległy nagle: to Pan d’Astarac je otworzył i stał spokojnie przed nami; czarna, długa jego postać zarysowała się na tle rozpłomienionego powietrza. Uprzejmie zapytał, co za ważna sprawa sprowadza nas do niego o tej porze. Nie było pożaru, palił się tylko straszny ogień w piecu; piec taki, jak dowiedziałem się później, zwie się athanor. W tej dosyć obszernej sali pełno było butelek o długich szyjkach, wokoło których wiły się szklane rurki zakończone jakby kaczym dziobem, pełno retort podobnych do pyzatych twarzy z nosami niby trąby, kielichów, kolb, tygli i mnóstwa naczyń o kształtach nieznanych. Mój mistrz, ocierając twarz błyszczącą jak zarzewie, rzekł:
— Ach, panie — rzekł — myśleliśmy, że zamek płonie jak wiązka suchego łuczywa; dzięki Bogu, że biblioteka niespalona. Ale widzę, że oddajesz się pan sztuce spagiryckiej135.
— Nie będę krył przed wami, że zrobiłem w niej wielkie postępy, nie znalazłem jednak jeszcze tajemnicy, która prace me uczyni zupełnie doskonałymi. W chwili, gdyście te drzwi wyważali, zbierałem właśnie Ducha Świata i Kwiat Niebios, który jest prawdziwym Źródłem Młodości. Znasz się nieco na alchemii, księże Coignardzie?
Ksiądz rzekł, że powierzchownie zaznajomił się z nią trochę z książek, ale że uważa praktyki te za zgubne i przeciwne religii.
Pan d’Astarac uśmiechnął się i dodał:
— Jesteś człowiekiem zbyt przenikliwym, panie Coignardzie, byś miał nie znać Orła Latającego, Ptaka Hermesa, Kurę Hermogenesa, Głowę Kruka, Lwa Zielonego i Feniksa.