i niebawem ujrzałem w stronie, skąd głos dochodził, brata Anioła, który z torbą na ramieniu, trzymając wpół Kasię koronczarkę, szedł w ciemnościach krokiem chwiejnym a triumfalnym, kłapiąc sandałami, spod których tryskały potoki błota, niby na chwałę jego rozpusty, jak fontanny wersalskie biją na cześć królów. Usunąłem się i przyparłem do słupa w rogu bramy, by mnie nie dostrzegli. Był to trud zbyteczny, byli bowiem dość sobą zajęci. Kasia z głową opartą na ramieniu mnicha śmiała się serdecznie, promień księżyca drżał na jej wilgotnych wargach i odbijał się w oczach jak w wodzie krynicy. Poszedłem dalej, ze smutkiem i złością w sercu na myśl, że krągłą kibić tej ładnej dziewczyny obejmują ramiona brudnego kapucyna.
„Czyż podobna — mówiłem sobie — by rzecz tak piękna była w tak szpetnych rękach? Skoro Kasia mną gardzi, po cóż jeszcze wzgardę tę dotkliwszą czyni, podobając sobie w tym szkaradnym bracie Aniele?”
To upodobanie dziwiło i obrzydzeniem mnie przejmowało; że jednak nie darmo byłem uczniem Hieronima Coignarda, tego niezrównanego mistrza, który umysł mój do rozmyślań zaprawił, uprzytomniłem sobie natychmiast satyrów133 uprowadzających nimfy i pomyślałem, że jeżeli Kasia wygląda na nimfę, to satyry, tak jak nam ich przedstawiają w rzeźbach po ogrodach, są równie ohydni jak ten kapucyn. Wywnioskowałem stąd, że nie powinienem zbytecznie dziwić się temu, co przed chwilą widziałem. Te rozmyślania nie rozwiały jednak mego smutku, zapewne dlatego, że smutek mój nie z rozumu pochodził. Tak zadumany szedłem wolno w ciemnościach nocy i w błocie odwilży, aż doszedłem do gościńca Saint-Germain, gdziem spotkał księdza Hieromina Coignarda, który po wieczerzy wracał z miasta do Krzyża des Sablons.
— Synu — rzekł — wracam z wieczerzy od bardzo uczonego duchownego, drugiego Pereisca, mówiliśmy dużo o Zosimosie i gnostykach; wino było cierpkie i jadło nieszczególne, ale najczystszy nektar i ambrozja płynęły w naszej rozmowie.
I zacny mój mistrz z niezrównaną wymową rozwodził się dalej nad Panopolitańczykiem.
Niestety! Źle go słuchałem, myśl moja goniła ciągle tę kroplę księżycowego blasku drżącą na wargach Kasi.
W końcu zatrzymał się, a ja skorzystałem z tego, by zapytać, na jakiej podstawie Grecy przypisywali nimfom miłość do satyrów.
Dzięki swej rozległej wiedzy mój drogi mistrz miał zawsze gotową odpowiedź na każde pytanie:
— Synu — rzekł — gust ten zasadza się na naturalnej sympatii; jest on silny, ale mniej namiętny niż odpowiedni mu pociąg satyrów do nimf; poeci bardzo dobrze zauważyli tę różnicę. W związku z tym opowiem ci szczególną historię, którą wyczytałem w jednym z rękopisów biblioteki biskupa z Séez. Widzę jeszcze ten foliał, pisany pięknem pismem ubiegłego wieku. Chodzi o taki dziwny przypadek: pewien szlachcic normandzki wraz z żoną udał się na zabawę publiczną; on przebrał się za satyra, ona za nimfę. Wiadomo z Owidiusza134, jak namiętnie satyry ubiegają się za nimfami; ów szlachcic czytał Metamorfozy, i tak wniknął w treść swego przebrania, że w dziewięć miesięcy później żona jego powiła dziecko z koźlimi nogami i rogami na czole. Z dalszych dziejów ojca wiemy tylko, że losem wspólnym wszystkiemu stworzeniu zmarł, pozostawiwszy oprócz swego kozłonoga drugie dziecko, młodsze, ochrzczone i o kształtach ludzkich... Ten brat młodszy sądownie zażądał, by brata jego wydziedziczono ze spuścizny ojcowskiej na zasadzie, że nie należy on do gatunku odkupionego krwią Jezusa Chrystusa. Trybunał normandzki, zasiadający w Rouen, przychylił się do tego wniosku i wyrok w tym duchu zatwierdził.
Zapytałem mego mistrza, czy możliwa jest, by przebranie mogło tak wpływać na skutki przyrodzone, by kształt dziecka zależny był od ubrania ojca. Ksiądz Coignard zalecił nie wierzyć temu zgoła.