— Chociaż wiem, co mam myśleć o rzeczywistym istnieniu diabła i tego Drugiego, chętnie mówię o nich z ludźmi, którzy w nich wierzą. Diabeł i ten Drugi są to tylko pewne charaktery i można mówić o nich jak o Achillesie lub Tersytesie136. Bądźcie pewni panowie, że jeżeli diabeł jest taki, jak go opisują, nie zamieszkuje on subtelnego żywiołu ognia; wielkim nonsensem jest tak szkaradną bestię umieszczać w słońcu. Miałem już zaszczyt oświadczyć kapucynowi twej matki, panie Rożenku, że chrześcijanie spotwarzają Szatana i czartów. By na jakimś świecie nieznanym istnieć mogły twory złośliwsze od ludzi, rzecz to możliwa, ale prawie niepojęta. Z pewnością, jeśli istoty takie istnieją, zamieszkują one sfery pozbawione światła i, jeśli goreją, to goreją w lodach, które rzeczywiście sprawiają bóle piekące, nie zaś w błyszczących płomieniach, między świetlnymi córami gwiazd. Cierpią, ponieważ są źli, a zło jest cierpieniem, ale bóle ich pochodzą zapewne z odmrożeń. Co do Szatana waszego, przed którym drżą wasi teologowie, z tego, co opowiadacie o nim, nie uważam go za godnego wzgardy; jeżeli trafem istnieje rzeczywiście, widzę w nim nie szkaradną bestię, lecz raczej małego sylfa lub co najmniej trochę szyderczego i bardzo inteligentnego gnoma-hutnika.

Mój drogi mistrz zatkał sobie uszy i uciekał, nie chcąc słyszeć więcej.

— Co za bezbożność, Rożenku, mój synu! — zawołał, będąc już na schodach. — Co za bluźnierstwa! Czy odczułeś dobrze całą szkaradę poglądów tego filozofa? Posuwa on ateizm do jakiegoś radosnego szału, który mnie zadziwia. Ale to właśnie czyni go prawie niewinnym. Odłączywszy się od wszelkiej wiary, nie może on szarpać naszego świętego Kościoła, jak ci, co jeszcze złączeni są z nim jakimś okaleczałym i krwawiącym członkiem. Takimi są, mój synu, lutrzy i kalwini, którzy zakażają Kościół tam, gdzie doń przyrośli. Przeciwnie, ateusze gubią się tylko sami, toteż można obiadować u nich bez grzechu. Nie mamy zatem potrzeby robić sobie skrupułu, że pozostajemy u pana d’Astarac, choć nie wierzy on ani w Boga, ani w diabła. Ale czy widziałeś, Rożenku, na dnie miseczki tę garść brylantów, których liczby sam on zdaje się nie znać, a które wydały mi się bardzo czystej wody? Nie mam wielkiego zaufania do opali i szafirów, ale małe brylanciki wyglądają bardzo na prawdziwe.

Byliśmy już na poddaszu przed naszymi pokojami, więc dobrej nocy sobie życząc, rozeszliśmy się na spoczynek.

Wiedliśmy, mój dobry mistrz i ja, aż do wiosny żywot spokojny i jednostajny. Pracowaliśmy cały ranek zamknięci w naszej bibliotece, po obiedzie powracaliśmy tam znowu — jak na przedstawienie, mawiał Hieronim Coignard, nie by wzorem szlachty i lokai przypatrywać się niesmacznym błazeństwom, lecz by przysłuchiwać się wzniosłym, choć często sprzecznym dyskursom mędrców starożytnych.

W ten sposób odczytywanie i tłumaczenie Panopolitańczyka postępowało szybko. Ja niewiele do tego się przyczyniałem, taka praca przechodziła moje wiadomości, dosyć i tak trudno mi było nauczyć się znaków pisma greckiego na papirusach. Pomagałem jednak mojemu mistrzowi posiłkować się autorami, którzy mogli mu być pomocni w jego poszukiwaniach, zwłaszcza często zaglądałem do Olimpiodora i Focjusza137; od tego to czasu dobrze poznałem ich dzieła. Te drobne usługi oddawane księdzu Coignardowi podnosiły mnie niemało we własnych oczach.

Po zimie ostrej i długiej byłem już kandydatem na uczonego, gdy nagle prawie przyszła wiosna, ze świetnym swym dworem, z błękitem niebios, z bladą zielenią i śpiewem ptasząt. Zapach rozkwitłych bzów, wznoszący się aż do biblioteki, odurzał mnie i naprowadzał marzenia, z których mój drogi mistrz wyrywał mnie nagle, mówiąc:

— Kubusiu Rożenku, wejdź no na drabinę i zobacz, czy ten łotr Manethon138 nie wspomina o jakimś bożku Imhotepie139, który sprzecznościami swymi męczy mnie diabelnie. — I z miną zadowoloną zażywał niuch tabaki. — Synu — ciągnął dalej — zadziwiająca to rzecz, jak wielki wpływ na nasz stan moralny miewa nasz ubiór. Od czasu jak płaszczyk mój rozmaitymi sosami poplamiłem w użyciu, czuję się o wiele mniej porządnym człowiekiem. A ciebie, Rożenku, od czasu jak jesteś ubrany jak hrabia, czy nie bierze chętka zachodzić do garderoby jakiej aktorki w operze lub rzucić garść fałszywych luidorów140 w partii faraona141 — jednym słowem, czy nie czujesz się człowiekiem wyższego świata? Nie tłumacz słów moich źle, ale zważ, że dosyć jest pierwszemu lepszemu gburowi dać bermycę142 z kitą, by poszedł natychmiast dać się zabić w służbie króla. Rożenku, na uczucia nasze wpływa tysiące rzeczy drobnych, wymykających się spod uwagi, a los naszej duszy nieśmiertelnej zależy często od powiewu zbyt słabego nawet, by pochylić źdźbło trawy. Jesteśmy igraszką wiatrów. Ale podaj mi, proszę cię, te Rudimenta Vossiusa143, których czerwone grzbiety widzę pod twą lewą pachą.

Dnia tego po obiedzie pan d’Astarac wyszedł z mistrzem moim i ze mną na przechadzkę po parku. Zaprowadził nas ku wschodniej stronie, skąd widać było Rueil i Mont-Valérien. Była to część parku najbardziej zapuszczona i zaniedbana. Bluszcz i trawa, strzyżone tylko przez króliki, zarastały aleje; od czasu do czasu zwalone pnie suchych drzew zagradzały drogę. Marmurowe posągi stojące wzdłuż alei uśmiechały się, obojętne na swą ruinę; nimfa złamaną rękę podnosiła do ust, jakby zalecała ostrożność pasterzowi; młody faun144, którego głowa leżała w trawie, podnosił jeszcze fletnię do ust; wszystkie te szczątki dawnych bóstw, zda się, uczyły nas gardzić niszczącą potęgą lat i losu.

Idąc brzegiem rowu, wyszliśmy na mały placyk, gdzie stały pochylone czary, z których piły gołębie; stamtąd zapuściliśmy się w wąską ścieżkę wijącą się wśród gęstwiny krzaków.