— Idźcie ostrożnie — rzekł pan d’Astarac — ścieżka ta jest niebezpieczna, bo z obydwóch stron otoczona jest mandragorami145, które nocami śpiewają u stóp drzew. Ukryte są przy ziemi, ale strzeżcie się nastąpić na nie, byłoby to zgubą dla was, bo smutne są namiętności, którymi darzą mandragory: niecą one mękę kochania lub pragnienie bogactw.

Zapytałem, jak uniknąć można tego niewidzialnego niebezpieczeństwa, na co otrzymałem od pana d’Astarac’a niezbyt uspokajającą odpowiedź, że tylko intuicją, przeczuciem, a niczym innym kierować się można.

— W ogóle — dodał — ta ścieżka jest uroczna.

Prowadziła nas ona prosto do małego pawiloniku z cegły, ukrytego wśród bluszczu; zapewne był on niegdyś mieszkaniem leśniczego. Tu kończył się park i zaczynały się monotonne bagniska Sekwany.

— Widzicie ten pawilon — rzekł pan d’Astarac — mieszka w nim najuczeńszy z ludzi. Tu Mozaides, sto dwanaście lat wieku liczący, z majestatyczną wytrwałością przenika arkana przyrody. Prześcignął znacznie Imbonatusa i Bartoloniego146. Szczycę się tym, panowie, że pod mym dachem przebywa kabalista największy po Enochu, synu Kaina. Skrupuły religijne nie pozwalają Mozaidesowi zasiąść za mym stołem, który uważa za chrześcijański, czym zbyt wiele honoru mu oddaje. Nie macie pojęcia, jak silna jest u tego mędrca nienawiść do chrześcijan; z wielkim dopiero trudem zgodził się zamieszkać w tym pawilonie, gdzie przebywa sam z siostrzenicą swą Jahelą. Dość już długo czekaliście panowie na znajomość z Mozaidesem, toteż was obydwóch przedstawię zaraz temu boskiemu człowiekowi.

To powiedziawszy, pan d’Astarac wszedł z nami do pawilonu i po kręconych schodach wprowadził nas do pokoju, gdzie wśród stosu rozrzuconych rękopisów, w głębokim fotelu z wysokimi poduszkami, siedział starzec o żywych oczach, haczykowatym nosie; dwa długie, rzadkie pasma siwej brody spływały mu z krótkiego, w tył podanego podbródka. Aksamitna czapka, o kształtach korony cesarskiej, nakrywała jego łysą głowę, ciało nieludzko chude owinięte było starą, żółtą jedwabną szatą, błyszczącą i brudną.

Choć przenikliwe spojrzenie jego zwrócone było na nas, żadnym ruchem nie zdradził, że zauważył nasze przyjście; twarz jego miała wyraz boleśnie uparty, w palcach pomarszczonych wolno kręcił trzcinkę, która służyła mu za pióro.

— Słów próżnych nie spodziewajcie się od Mozaidesa — rzekł pan d’Astarac. — Od dawna już mędrzec ten rozmawia tylko z duchami i ze mną. Słowa jego są cudowne. Ponieważ nie zechce pewnie rozmawiać z wami, w kilku słowach objaśnię wam jego zasługi. On pierwszy przeniknął duchową treść ksiąg Mojżesza, opierając się na liczbowej wartości liter hebrajskich, co zależy od porządku liter alfabetu. Porządek ten zakłócony był, począwszy od litery jedenastej. Mozaides go przywrócił; dokonał, czego nie mogli dokazać Atrabis, Filon, Awicenna, Rajmund Lullus, Pico della Mirandola, Reuchelin, Henryk Morus i Robert Flydd147. Mozaid zna liczbę złotą, która odpowiada słowu „Jehowa” w świecie duchów. Pojmujecie, panowie, że jest to rzeczą nieskończonej wagi.

Mój drogi mistrz wyjął tabakierkę z kieszeni, podał nam ją uprzejmie i pociągając niuch tabaki, rzekł:

— Czy nie sądzisz, panie d’Astarac, że wiadomości te są zupełnie zdolne zaprowadzić waszą miłość prosto do piekła po przekroczeniu tego doczesnego żywota? Bo ostatecznie imci Mozaides błądzi widocznie w wykładzie Pism Świętych. Gdy Zbawiciel Pan nasz zmarł na krzyżu dla odkupienia rodu ludzkiego, synagoga poczuła, iż spadła jej przepaska na oczy; zachwiała się jak pijana niewiasta i korona runęła jej z głowy. Odtąd zrozumienie Starego Testamentu znajduje się w Kościele katolickim, do którego należę mimo licznych swych nieprawości.