— Córka Noego przemówiła, Sambetea rzekła: „Człowiek próżny, który wyśmiewa się i szydzi, nie usłyszy głosu wychodzącego z siódmej świętości; bezbożnik goni ku niechybnej swej zgubie”.
Po tej wyroczni rozstaliśmy się wszyscy z Mozaidesem.
Tego roku lato było przepiękne i zachęcało mnie do przechadzek. Pewnego dnia błądziłem pod drzewami Cours-la-Reine; miałem przy sobie dwa dukaty, które znalazłem był tego ranka w kieszeni mego ubrania — był to pierwszy objaw szczodrobliwości naszego fabrykanta złota. Usiadłem na werandzie cukierni przy stoliku, którego szczupłość odpowiadała w sam raz samotności mej i nieśmiałości; zacząłem rozmyślać tam nad dziwnym biegiem mych losów, podczas gdy wkoło mnie muszkieterowie w towarzystwie wesołych dziewcząt spijali wina hiszpańskie. Zdawało mi się chwilami, że Krzyż des Sablons, pan d’Astarac, Mozaides, papirus Zosimosa, moje piękne ubranie, że to wszystko to tylko sen, z którego ocknę się lada chwila, aby znaleźć się w kurtce kuchcika, przy rożnie w gospodzie „Królowej Gęsiej Nóżki”.
Z mych marzeń wyrwało mnie nagle pociągnięcie za rękaw; ujrzałem przed sobą brata Anioła, którego twarz kryła się zupełnie między kapturem a brodą.
— Panie Jakubie Ménétrier — rzekł po cichu — pewna panna, która pragnie twego dobra, czeka na ciebie w karecie na szosie, między rzeką a bramą de la Conférence.
Serce zabiło mi silnie. Zadziwiony i zachwycony tą przygodą, udałem się natychmiast ku wskazanemu przez kapucyna miejscu, starając się jednak iść — co uważałem za najstosowniejsze — krokiem spokojnym. Przybywszy na brzeg, ujrzałem karetę; mała rączka kobieca oparta była na jej drzwiczkach.
Drzwiczki te otwarły się, gdym się zbliżył; ku zdziwieniu swemu zobaczyłem w karecie pannę Katarzynę, w różowej atłasowej sukni, w kapturku, którego czarne koronki ładny tworzyły kontrast z jej jasnymi włosami.
Zmieszany stałem na stopniu karety.
— Chodź — rzekła — siadaj przy mnie. Proszę cię, zamknij drzwiczki; nie chcę, by cię widziano. Przejeżdżając w tej chwili koło Cours-la-Reine, zobaczyłam cię przed cukiernią, kazałam cię zaraz przywołać przez braciszka, którego wzięłam dla ćwiczeń wielkopostnych i odtąd zatrzymałam przy sobie; jakiekolwiek zdarzą się okoliczności, pobożnym być należy. Bardzo ładnie wyglądałeś, panie Jakubie, przy tym małym stoliku, ze szpadą na kolanach, z miną zadumaną człowieka wyższego stanu. Miałam zawsze sympatię dla ciebie, a nie należę do tych kobiet, które w powodzeniu zapominają o dawnej przyjaźni.
— A więc, panno Katarzyno — zawołałem — ta kareta, ci lokaje, ta atłasowa suknia...