— To piękny ptaszek! Huzia, huzia! Kłujcie, gałgany, kłujcie ostro!
Okna otwierały się dokoła i wychylały się głowy w szlafmycach185.
Nagle cały ten ruch i hałas przebiegł mimo mnie jak łowy w lesie i poznałem brata Anioła umykającego co sił w nogach, podczas gdy trzech wysokich drabów uzbrojonych jak gwardziści gnało tuż za nim, dziurawiąc mu skórę końcami swych halabard. Pan ich, młody szlachcic, czerwony i pękaty, podniecał ich głosem i ruchami jak sforę psów.
— Śmiało, śmiało! Kłujcie! Zwierz twardy!
Przechodził właśnie koło mnie.
— Panie — rzekłem — nie masz odrobiny litości.
— Mój panie — odrzekł — widać, że kapucyn ten nie twoją kochankę pieścił i że nie ty zastałeś tę oto damę w ramionach tej cuchnącej bestii. Można jeszcze znieść spółkę z jej finansistą, który płaci, bo ostatecznie żyć trzeba; ale kapucyna ścierpieć niepodobna. Spójrz tylko na tę bezwstydnicę!
I wskazywał mi na Kasię, która stojąc w bramie w koszuli, z rozwianym włosem, z oczami łez pełnymi, piękniejsza niż kiedykolwiek, szeptała mdlejącym głosem, który ranił mi duszę:
— Nie zabijajcie go! To brat Anioł, to biedny braciszek.
Draby lokaje powrócili, donosząc, że zaniechali pościgu przed zbliżającym się patrolem, ale i tak na kilka cali głęboko zatopili swe piki w zad świątobliwego męża. Szlafmyce poznikały z okien, które zamykały się kolejno, i podczas gdy szlachcic rozmawiał ze swą służbą, zbliżyłem się do Kasi, której łzy osychały w dołeczkach jej uśmiechu.