Tak samo rzecz się ma z salamandrami, które w uściskach mędrców szukają innej nieśmiertelności: nieśmiertelności gatunku; jedyna to nieśmiertelność, której rozumnie spodziewać się można. I chociaż za pomocą wiedzy spodziewam się przedłużyć znacznie życie ludzkie, rozciągnąć je przynajmniej na pięć, sześć wieków, nigdy nie pochlebiałem sobie, że potrafię zapewnić ludziom trwanie nieograniczone. Nierozumne byłoby walczyć przeciw naturalnemu porządkowi rzeczy. Jak marnym bajkom, tak nie wierz też, mój synu, nieśmiertelności zdobytej w pocałunkach. Pomysł ten jest hańbą kabalistów, którzy go powzięli. To jednak pewne, że salamandry chętnie wchodzą w miłosne związki z ludźmi. Sam niezwłocznie doświadczysz tego na sobie. Przygotowałem cię dostatecznie na ich przyjęcie, a ponieważ od chwili twego wtajemniczenia nie miałeś nieczystych związków z kobietą, otrzymasz nagrodę za swą powściągliwość.
Wrodzona mi niewinność cierpiała, odbierając pochwały, na które tylko wbrew mej woli zasłużyłem; chciałem już wyznać panu d’Astarac moje grzeszne myśli, ale nie dał mi przyjść do słowa i żywo mówił dalej:
— Pozostaje mi tylko, mój synu — rzekł — dać ci klucz, który otworzy ci wstęp do państwa duchów; uczynię to natychmiast.
Wstał i położył rękę na szklanej kuli, zajmującej połowę stołu.
— To naczynie — rzekł — pełne jest pyłu słonecznego, którego nie możesz widzieć, bo jest zbyt czysty i przejrzysty, by podpadać mógł pod grube197 zmysły ludzkie. Tak to najpiękniejsze części wszechświata wymykają się spod wzroku naszego i widome są tylko uczonym, zbrojnym w należyte przyrządy. Rzeki i błonia powietrzne na przykład są nam niewidoczne, chociaż w istocie są one bez porównania piękniejsze i rozmaitsze niż najwspanialszy krajobraz ziemski.
Wiedz zatem, że balon ten zawiera pył słoneczny, którego właściwością jest podniecać żar w nas płonący. Na podniecenie to niedługo czekać trzeba; polega ono na takim wysubtelnieniu zmysłów, że poczynamy widzieć i dotykać duchy powietrzne koło nas się unoszące. Skoro tylko zerwiesz pieczęć zamykającą otwór balonu i odetchniesz pyłem słonecznym, który zeń ulatniać się będzie, ujrzysz w pokoju istoty podobne z układu linii i wygięć ciała do kobiet, ale od wszystkich kobiet o wiele piękniejsze; to będą właśnie salamandry. Nie ma wątpliwości, że ta, którą widziałem w zeszłym roku w gospodzie twego ojca, pierwsza zjawi się przed tobą, bo zdaje się, że jej się podobasz, toteż radzę ci, byś jak najprędzej zadowolił jej pożądania. Usiądź wygodnie w fotelu przed tym stołem, odkorkuj balon i oddychaj spokojnie jego zawartością. Wkrótce zobaczysz, że to, co ci zapowiedziałem, spełni się co do słowa. Zostawiam cię samego. Żegnaj.
I zniknął dziwnie nagle, jak to było jego zwyczajem. Pozostałem sam przed szklanym balonem; wahałem się, czy go otworzyć, bojąc się, by nie wymknęły się zeń jakieś wyziewy odurzające. Myślałem, że pan d’Astarac wprowadził doń może za pomocą swej sztuki pary, które usypiają tych, co nimi odetchną, i darzą ich snami o salamandrach. Nie byłem na tyle filozofem, by mi zależało na szczęściu tego rodzaju. Może, myślałem sobie, pary te sprowadzają szaleństwo?
Nieufność moja była tak wielka, że przez chwilę chciałem iść do biblioteki i poradzić się księdza Coignarda, mego dobrego mistrza. Ale zaniechałem tego jako rzeczy próżnej, bo przewidywałem jego odpowiedź. Gdy tylko zacząłbym mówić o pyle słonecznym i Geniuszach powietrza: „Jakubie Rożenku — odrzekłby mi — pamiętaj, synu, nie wierzyć żadnym głupstwom, a polegać na własnym rozumie we wszystkim, prócz spraw naszej świętej wiary. Daj pokój tym balonom, pyłom i tym podobnym bredniom kabały i alchemii”.
Zdawało mi się, że słyszę tę jego przemowę między dwoma niuchami tabaki, i na tak chrześcijańskie sentencje nie umiałbym nic odrzec. Z drugiej strony myślałem nad tym, w jak dziwnej sytuacji będę wobec pana d’Astarac, gdy zapyta mnie o salamandrę. Cóż mu odpowiem? Jak przyznać się do powściągliwości i wahania, nie zdradzając jednocześnie swej nieufności i strachu? Poza tym, mimo mej woli, ciekaw byłem przygody. Nie jestem łatwowierny, przeciwnie, mam dziwną skłonność do wątpienia, która, tak jak wszystkim innym, każe mi nie dowierzać nawet rzeczom rozsądnym i oczywistym. Gdy mowa o czymś niezwykłym, mówię zawsze: „Czemu nie?”. W tym przypadku, przed tym balonem to „czemu nie?” było słabą stroną mej inteligencji naturalnej i skłaniało mnie właśnie do łatwowierności. Niczemu nie wierzyć znaczy wierzyć wszystkiemu; niebezpieczeństwem dla umysłów wolnych i pozbawionych wiary jest, że łatwiej zbierają się w nich na chybił trafił produkty o formach najdziwaczniejszych, które nigdy nie zdołałyby się wcisnąć do umysłów rozsądnie i przeciętnie wierzących. Gdy z ręką na woskowej pieczęci myślałem o tym, co kiedyś mówiła matka o magicznych karafkach pana d’Astarac’a, moje „czemu nie?” szeptało mi, że ostatecznie być to może, iż w pyle słonecznym widoczne są wieszczki powietrzne. Ale zaledwie myśl ta, wcisnąwszy się do mego mózgu, poczynała w nim wygodnie się rozsiadać, uważałem ją natychmiast za śmieszną i pokracznie głupią. Myśli, skoro nami owładną, stają się prędko zuchwałe; najmilsze są te, które tylko przemijają jak przechodnie, ta zaś stanowczo wyglądała na mocno szaloną. Gdym tak bił się z myślą: otworzyć czy nie otworzyć — pieczęć, którą ciągle miąłem w palcach, nagle pękła w mych rękach i balon był odkorkowany.
Czekałem, obserwowałem. Nie widziałem nic, nie czułem nic. Byłem tym zawiedziony, gdyż nadzieja wyjścia ze szranków przyrody prędko i zręcznie wciska się nam do duszy. Nic! Ani jednego mętnego, niejasnego złudzenia, ani niewyraźnej wizji. Spełniało się, com przewidywał; cóż za zawód! Uczułem pewnego rodzaju złość. Leżąc w fotelu, przysięgałem sobie w obliczu otaczających mnie Egipcjan o długich, czarnych oczach, że na przyszłość do duszy mojej nie dam dostępu kłamstwom kabalistów. Znów oto raz jeszcze poznałem mądrość mego dobrego mistrza i postanowiłem za jego wzorem rządzić się jedynie rozumem we wszystkim, co nie tyczy się naszej chrześcijańskiej wiary katolickiej. Czekać na wizytę pani salamandry? Co za naiwność! Czyż mogą istnieć salamandry? Cóż możemy wiedzieć o tym? „Czemu nie?”