Nie tak, mój synu, jest z prawami Boskimi: te są trwałe, ani ich zmienić, ani oszukać niepodobna; ich pozorny nierozsądek kryje mądrość niepojętą. Sprzeczne one nieraz z naszym rozumem, ale dlatego jedynie, że wyższe są nad rozum nasz i zgodne są nie z pozornym, lecz z istotnym celem człowieka. Kto ma szczęście je znać, winien ich przestrzegać. Nie przeczę, że przestrzeganie tych praw, zawartych w dekalogu i przykazaniach kościelnych, jest prawie zawsze bardzo trudne, a nawet niemożliwe bez łaski, na którą nieraz długo czekać trzeba, bo przecie obowiązkiem jest jej się spodziewać. Dlatego też wszyscyśmy nędzni i grzeszni.
Tu właśnie podziwiać należy ustrój religii chrześcijańskiej, która zbawienie zasadza głównie na skrusze. Zauważ, mój synu, że największe świętości zdobywa się pokutą, a że skrucha jest zawsze w prostym stosunku do winy, zatem najwięksi grzesznicy najlepszym są na świętych materiałem. Mógłbym licznymi znakomitymi przykładami poprzeć tę teorię, ale sądzę, żeś dostatecznie zrozumiał, że materia prima187 na świętość to pożądliwość, lubieżność, wszystkie sprośności ciała i ducha. Należy tylko tak zebrany materiał urobić podług wymagań sztuki teologicznej, wymodelować zeń, że tak powiem, posąg pokuty, co jest dziełem kilku lat, kilku dni lub nawet jednej chwili, jak to się dzieje w razie skruchy doskonałej. Jakubie Rożenku, jeśli mnie dobrze zrozumiałeś, nie będziesz dokładał nędznych starań, by być człowiekiem porządnym według opinii ludzkiej, lecz zabiegać będziesz jedynie, by zadosyć uczynić sprawiedliwości Boskiej.
Odczuwałem dobrze wysoką mądrość maksym mego mistrza. Obawiałem się tylko, że moralność ta, praktykowana bez należytego sądu, doprowadzić może do największych zgorszeń. Wątpliwości swe wyraziłem księdzu Hieronimowi Coignard, który uspokoił mnie w te słowa:
— Jakubie Rożenku, widzę, że nie zwróciłeś dość uwagi na to, com ci wyraźnie mówił, a mianowicie, że to, co nazywasz zgorszeniem, jest nim tylko w opinii prawników i sędziów świeckich czy duchownych, oraz względnie praw ludzkich, które są dowolne i przejściowe, jednym słowem — postępować wedle tych praw jest rzeczą godną barana. Człowiek rozumny nie dba o to, by stosować się do przepisów panujących w Châtelet188 i w biurze policji. Nie ma sobie za ubliżenie dostać się do nieba krętymi drogami, po których kroczyli najwięksi święci. Gdyby błogosławiona Pelagia189 nie była uprawiała procederu, z którego pod portalem190 kościoła Świętego Benedykta żyje dziś Joasia harfiarka, nie miałaby potem powodu pokutować szeroko i obficie i podług wszelkiego prawdopodobieństwa spędziwszy jak matrona w przeciętnej i banalnej uczciwości żywot swój cały, nie byłaby w tej chwili w chórach świętych przed tabernaculum191, gdzie w chwale swej spoczywa Święte Świętych. Czyż nazwiesz zgorszeniem piękny rozkład życia tej wybranki? Nie, zapewne! Ten sposób myślenia należy pozostawić urzędnikom policji, którzy po śmierci nie znajdą może i kącika z tyłu za nieszczęsnymi istotami, które dziś w hańbie posyłają do szpitala192. Poza zatraceniem duszy i potępieniem wiecznym nie ma ani zepsucia, ani zbrodni, ani zła na tym świecie znikomym, gdzie wszystko winno się kierować i rządzić myślą o świecie niebieskim.
Przyznaj więc, Rożenku, mój synu, że czyny w opinii ludzkiej potępienia godne do dobrego końca doprowadzić mogą, i nie staraj się godzić sprawiedliwości ludzkiej z sprawiedliwością Boską, która jest jedynie słuszna, nie według pojęć naszych, lecz ex definitione193.
Teraz, mój synu, zrób mi tę grzeczność i poszukaj u Vossiusa wytłumaczenia tych kilku niejasnych słów użytych przez Panopolitańczyka, z którym walczyć trzeba w ciemnościach w ten sposób chytry, któremu dziwował się już wielkoduszny Ajaks194, jak nam donosi Homer, książę poetów i historyków. Ci starzy alchemicy mieli styl ciężki, Maniliusz195 — niech mi wybaczy pan d’Astarac — pisał o tym przedmiocie daleko wytworniej.
Ledwie mistrz mój drogi wyrzekł te słowa, gdy nagle stanął cień między nami. Był to cień pana d’Astarac, a raczej była to cienka czarna jego postać, podobna do cienia. Czy nie słyszał, czy też lekceważył sobie słowa mego mistrza, dosyć że nie objawił żadnej niechęci; przeciwnie, powinszował księdzu Hieronimowi Coignardowi gorliwości i wiedzy i dodał, że liczy na jego światłą pomoc, by doprowadzić do końca dzieło największe, jakie kiedykolwiek człowiek śmiertelny był podjął. Zwracając się zaś do mnie, rzekł:
— Mój synu, zejdź na chwilę do mego gabinetu, muszę ci ważną oświadczyć tajemnicę.
Poszedłem za nim do tego samego pokoju, do którego wprowadzono mnie z moim drogim mistrzem za pierwszym razem, w dniu, gdy przyjął nas do swego dworu. Zobaczyłem tam znów wsparte o ściany postacie starych Egipcjan o twarzach złotych. Szklana kula wielkości dyni leżała na stole. Pan d’Astarac rzucił się na sofę i dał mi znak, bym siadł przy nim. Kilka razy przesunąwszy po czole rękę ozdobioną amuletami i drogimi kamieniami, rzekł wreszcie:
— Synu, po rozmowie naszej na Wyspie Łabędziej nie mogę cię obrażać przypuszczeniem, byś miał jeszcze jakie wątpliwości co do istnienia sylfów i salamander. Jest ono równie rzeczywiste jak istnienie ludzi, może rzeczywistsze jeszcze, jeżeli miarą rzeczywistości ma być trwanie objawów, przez które rzeczywistość ta się wyraża; żyją one bowiem daleko dłużej od nas. Salamandry z wieków w wiek wiodą swoją niezniszczalną młodość, niektóre pamiętają Noego, Menesa196 i Pitagorasa. Przez bogactwo ich wspomnień i świeżość ich pamięci rozmowa z nimi niesłychanie jest pociągająca. Utrzymywano nawet, że zyskiwać one mają nieśmiertelność w objęciach ludzi i że nadzieja uniknięcia śmierci wabić ich ma do łoża filozofów; ale są to kłamstwa, które umysłu oświeconego nie omamią. Każdy związek płci nie tylko nie zapewnia kochankom nieśmiertelności, ale przeciwnie, jest symbolem śmierci, i nie znalibyśmy miłości, gdybyśmy mieli żyć wiecznie.