Utonęliśmy w otchłani rozkoszy. Po czym boska Jahela rzekła do mnie:

— Czy nie masz grzebienia? Muszę poprawić włosy, wyglądam jak czarownica.

— Jahelo! — odpowiedziałem — nie mam grzebienia, czekałem na salamandrę. Ubóstwiam cię.

— Ubóstwiaj mnie, mój drogi, ale bądź dyskretny. Nie znasz Mozaidesa.

— Cóż takiego, Jahelo! Czyż może być tak straszny, mając sto trzydzieści lat życia, z których siedemdziesiąt pięć spędził w piramidzie?

— Widzę, mój drogi, że nasłuchałeś się baśni o moim wuju i byłeś na tyle naiwny, żeś im uwierzył. Wieku jego nikt nie zna, ja nie znam go także, pamiętam go zawsze starym, wiem tylko, że jest krzepki i niezwykle silny. Miał bank w Lizbonie i tam zdarzyło mu się zabić chrześcijanina, którego przychwycił u ciotki Miriam. Uciekł, zabierając mnie z sobą; odtąd kocha mnie z czułością matki, mówi do mnie z pieszczotami, jak do małego dziecka, i płacze, gdy widzi mnie śpiącą.

— Mieszkasz z nim?

— Tak jest, w pawilonie leśniczego, na drugim końcu parku.

— Wiem, idzie się tam przez ścieżkę mandragor. Jakże to stało się, że nie spotkałem cię wcześniej? Przez jakiż los zawistny, będąc tak blisko ciebie, żyłem, nie widząc cię? Co mówię — żyłem? Czyż można żyć, nie znając cię? Jesteś więc zamknięta w tym pawilonie?

— Prawda, że żyję bardzo odosobniona i nie mogę chodzić, tak jak bym chciała, ani do sklepów, ani na spacery, ani do teatru; czułość Mozaidesa nie daje mi swobody, strzeże on mnie jak zazdrośnik, bo oprócz sześciu złotych kubków, które wywiózł z Lizbony, i mnie niczego nie kocha na świecie. Ma on do mnie daleko więcej przywiązania, niż miał dla ciotki Miriam, toteż jeszcze chętniej zabiłby ciebie, niż zabił Portugalczyka. Nie sądzę, by ta obawa mogła wstrzymać człowieka z sercem; ostrzegam cię tylko, byś był dyskretny. Czy jesteś szlachetnego rodu, wyższej kondycji?