— Jakubie, czuję, że tylko ciebie kochać będę.

Te słowa, wyrzeczone przez tak piękną, tylko w koszulę odzianą osobę zmieszały mnie rozkosznie. Do reszty upoiła mnie Kasia, pijąc ze mną z jednej szklanki, czego nie zauważono w zamieszaniu tej wieczerzy, która wszystkim już zagrzała czupryny.

Pan d’Anquetil rozbił o stół szyjkę nowej butelki i znów napełniał nasze kielichy. Od tej chwili nie zdawałem już sobie jasno sprawy z tego, co mówiono i co działo się wkoło mnie. Widziałem jednak, że Kasia dla psoty nagle wylała szklankę wina za kołnierz swego kochanka i że pan d’Anquetil oddał jej to, oblewając ją dwiema czy trzema butelkami wina, co tę dziewczynę w koszuli zamieniło, zda się, na postać mitologiczną, rodzaj boginki wodnej, nimfy230 czy najady231. Płakała ze złości i wykręcała się w spazmach.

W tej chwili wśród ciszy nocnej usłyszeliśmy silne stukanie kołatką do drzwi wchodowych232. Oniemieliśmy i zdrętwieli, niby zaczarowani biesiadnicy.

Uderzenia stawały się silniejsze i częstsze. Pan d’Anquetil pierwszy przerwał milczenie, z siarczystym zaklęciem zapytując sam siebie, któż to mógłby być owym natrętem. Mój dobry mistrz, który w najbłahszych nawet zdarzeniach czerpał natchnienie do cudownych maksym, wstał i rzekł z namaszczeniem i powagą:

— Cóż nas obchodzi ręka, która tak silnie dobija się do tych wrót dla błahego, a może i śmiesznego powodu? Nie starajmy się jej poznać nawet i uważajmy lepiej, że te uderzenia pukają do naszych dusz zepsutych i zatwardziałych. Za każdym uderzeniem mówmy sobie: to uderzenie jest, by nas ostrzec, że czas już poprawić się i myśleć o zbawieniu, którego zaniedbujemy dla rozkoszy; to drugie — byśmy gardzili dobrami doczesnymi; to trzecie — byśmy myśleli o wieczności. W ten sposób osiągniemy możliwie największy pożytek z tego błahego, drobnego zdarzenia.

— Pocieszny jesteś — rzekł pan d’Anquetil — walą z taką siłą, że gotowi drzwi wyłamać.

I rzeczywiście zdawało się słyszeć jakby huk grzmotu.

— To zbójcy — zawołała przemoczona Kasia. — Jezusie ratuj, zamordują nas; to kara za to, że wypędziliśmy braciszka. Ile to razy już mówiłam ci, d’Anquetil, że wygnać kapucyna znaczy sprowadzać na dom nieszczęście!

— Głupia! — odrzekł pan d’Anquetil. — Ten przeklęty mnich wmawia jej wszystkie głupstwa, jakie mu się podoba. Złodzieje byliby grzeczniejsi, a przynajmniej nie tak głośni. To prędzej patrol.