— Patrol! To jeszcze gorzej! — rzekła Kasia.
— Ba! — rzekł pan d’Anquetil — Obijemy go!
Mój dobry mistrz wsunął dla ostrożności po butelce do każdej kieszeni — dla zachowania równowagi, jak mówi bajka. Cały dom trząsł się od szalonych uderzeń; pan d’Anquetil, w którym ten szturm rozbudził drzemiący zapał wojenny, zawołał:
— Idę na rekonesans233.
Pobiegł, potykając się, do okna, w którym niedawno wypoliczkował był swą kochankę, i niebawem powrócił, śmiejąc się do rozpuku.
— Ha, ha, ha! — zawołał. — Czy wiecie, kto tak puka? Oto pan de la Guéritaude, w śmiesznej peruce, z dwoma ogromnymi sługusami trzymającymi płonące pochodnie.
— To być nie może — rzekła Kasia. — O tej porze śpi on przy swej starej żonie.
— A więc — odparł pan d’Anquetil — jest to chyba duch, jego sobowtór. W każdym razie ten duch musiał pożyczyć peruki od oryginału, bo nawet widmo nie mogłoby jej tak dobrze naśladować, taka jest śmieszna.
— Czy prawdę mówisz, nie żartujesz? — zapytała Kasia. — Naprawdę jest tam pan de la Guéritaude?
— On sam, Kasiu, jeśli mam oczom wierzyć.