— Zgubiona jestem! — zawołała biedaczka. — Kobiety są bardzo nieszczęśliwe, nigdy nie dają im spokoju. Co ja pocznę? Czy nie chcielibyście panowie ukryć się tu w rozmaitych szafach?

— To dałoby się zrobić — rzekł ksiądz Coignard — ale jak ukryć z nami te butelki próżne z poutrącanymi szyjkami, szczątki dzbana, którym ten pan cisnął mi w głowę, ten obrus, pasztet, talerze, świeczniki, koszulę waćpanny, która winem zlana zamieniła się w przejrzystą, różową zasłonę około twej piękności.

— Prawda, że ten głupiec zalał mi koszulę i że się jeszcze zaziębię. Ale może wystarczy ukryć tylko pana d’Anquetil w pokoju na górze; księdza podam za swego wuja, a pana Jakuba za brata.

— Nie, nie tak — rzekł pan d’Anquetil — pójdę sam zaprosić pana de la Guéritaude, by zechciał wieczerzać z nami.

Mój drogi mistrz, Kasia, ja zaklinaliśmy go, obejmowali, aby tego nie robił. Na próżno! Chwycił pochodnię i zbiegł na dół; drżąc, szliśmy za nim. Otworzył drzwi. Przed nami stał pan de la Guéritaude, tak jak go opisał: w peruce, między dwoma lokajami uzbrojonymi w pochodnie. Pan d’Anquetil skłonił mu się ceremonialnie i rzekł:

— Bądź łaskaw wejść bez zwłoki, szlachetny panie! Zastaniesz tu osoby wielce miłe i niezwykłe: niejakiego Rożenka, któremu panna Kasia przez okno posyłała całusy, i księdza, który wierzy w Boga.

Przy tych słowach schylił się dworsko.

Pan de la Guéritaude, człek suchy i wysoki, nieskłonny był do żartów, toteż tyrada pana d’Anquetil zirytowała go, a gniew jego spotęgował się jeszcze na widok mego mistrza w rozpiętej odzieży, z jedną butelką w ręku i dwiema w kieszeni, i na widok Kasi w mokrej, oblepiającej ją koszuli.

— Młodzieńcze — rzekł z chłodnym gniewem, zwracając się do pana d’Anquetil — mam zaszczyt znać imci ojca twego, z którym rozmówię się jutro, dokąd ma posłać cię król dla rozmyślań nad twymi wybrykami i zuchwalstwem. Temu godnemu szlachcicowi pożyczyłem pieniędzy, a nie żądam ich zwrotu, toteż niczego odmówić mi nie może. A nasz ukochany książę jest w położeniu tym samym, co twój imć pan ojciec: ma także względy dla mnie. Tak więc to sprawa skończona. Załatwiałem już trudniejsze, dzięki Bogu. Co zaś do tej dziewczyny, skoro niepodobna na dobrą drogę jej naprowadzić, szepnę jutro słówko panu dyrektorowi policji, który, o ile wiem, zawsze gotów umieścić ją w szpitalu. Nie mam ci nic więcej do powiedzenia. Ten dom należy do mnie, zapłaciłem zań i chcę doń wejść.

Po czym zwracając się ku swej służbie i końcem laski wskazując na mnie i mego mistrza, dodał: