— Zdaje mi się istotnie — rzekł mój drogi mistrz — że byłem cokolwiek morderczy. Nie tylem wynaturzony jednak, by szukać w tym chwały; wystarczy mi, by mi nie czyniono z tego zbyt wielkich zarzutów. Taka gwałtowność nie jest mym zwyczajem i z przyrodzenia jestem raczej stworzony do wykładania literatury w kolegium niż do bójek z sługusami na rogach ulic.
— Och — rzekł pan d’Anquetil — nie to jest najgorsze w tej sprawie. Ale zdaje mi się, żeś utłukł samego intendenta generalnego.
— Czy tak? — zapytał ksiądz.
— Tak prawda, jak to, że ja zapuściłem szpadę w trzewia tej kanalii — odparł pan Anquetil.
— W takiej koniunkturze236 — rzekł ksiądz — należy nam przede wszystkim przebłagać Boga, któremu jedynie musimy zdać rachunek za krew przelaną, a następnie przyspieszyć kroku do najbliższej sadzawki, w której się umyjemy; zdaje mi się bowiem, że ciecze mi krew z nosa.
— Masz rację — odrzekł pan d’Anquetil — i mnie ten bałwan, który tam zdycha w rynsztoku, rozciął czoło. Co to za zuchwalstwo!
— Przebacz mu — rzekł ksiądz — aby tobie przebaczone było.
W miejscu gdzie ulica du Bac wychodzi na pola, idąc wzdłuż muru szpitalnego, odnaleźliśmy wodotrysk, w którym brązowy tryton237 wyrzucał strumień wody do misy kamiennej. Umyliśmy się tam i napili, bo w tych przygodach wyschło nam w gardle.
— Cośmy uczynili — rzekł mój mistrz — i jak mógł się zmienić mój nastrój, zazwyczaj tak pokojowy? Prawda to, że nie należy sądzić ludzi wedle ich czynów, zawisłych często od okoliczności, lecz za przykładem Boga, ojca naszego, sądzić raczej wedle ich ukrytych myśli i głębokich skłonności.
— Ale co się stało z Kasią w tej okropnej przeprawie? — zapytałem.