— Pozostawiłem ją, chuchającą nad swym finansistą, by go ocucić. Może chuchać, ile chce — znam de la Guéritaude, jest bez litości i pośle ją do szpitala, a może nawet do Ameryki. Szkoda, była to ładna dziewczyna. Nie kochałem jej, ale ona kochała mnie do szaleństwa. Najdziwniejsze jednak, że jestem teraz bez kochanki.

— Bądź spokojny o to — rzekł mój zacny mistrz — znajdziesz inną, od tej niewiele, a przynajmniej nie zasadniczo różną. Coś mi się zdaje, że to, czego ty szukasz w kobiecie, jest im wszystkim wspólne.

— Widzę jasno — rzekł pan d’Anquetil — że jesteśmy w niebezpieczeństwie; mnie grozi więzienie w Bastylii, a tobie, mój księże, wraz z Rożenkiem twym uczniem, który przecież nie zabił nikogo — stryczek.

— Smutna prawda — odparł ksiądz Coignard — trzeba pomyśleć o swym bezpieczeństwie. Może trzeba będzie opuścić Paryż, gdzie nas zapewne poszukiwać będą, i uciec do Holandii. Przewiduję, niestety, że będę pisywał znów paszkwile aktorkom tą ręką, która oto obfitymi komentarzami ozdabiała traktaty alchemiczne Zosimosa Panopolitańczyka!

— Posłuchaj mnie, mości księże — rzekł pan d’Anquetil — mam przyjaciela, który ukryje nas w swych dobrach tak długo, jak będzie potrzeba. Mieszka on o cztery mile238 za Lugdunem w szkaradnej i dzikiej okolicy, gdzie widać tylko lasy, trawę i topole. Tam się udamy i poczekamy aż przejdzie burza. Będziemy polowali. Ale trzeba jak najprędzej znaleźć dyliżans, a jeszcze lepiej kocz239.

— Co do tego mój panie — rzekł ksiądz — mam, co nam potrzeba. Oberża pod „Czerwonym Koniem” na placyku des Bergères dostarczy nam dobrych koni i wszelkiego rodzaju powozów. Znałem tam gospodarza, wówczas gdym był sekretarzem pani de Saint-Ernest. Był on zawsze gotów wygodzić ludziom wyższej kondycji. On sam nie żyje już zapewne, ale musi mieć syna, kubek w kubek doń podobnego. Czy masz pan pieniądze?

— Mam przy sobie dość znaczną sumę — rzekł pan d’Anquetil — z czego bardzo rad jestem, bo nie mógłbym przecie zajść do siebie, gdzie zapewne straż szukać mnie przyjdzie, aby mnie zaprowadzić do więzienia. Zostawiłem swych lokajów w domu Kasi i Bóg raczy wiedzieć, co się z nimi stało, ale nie bardzo troszczę się o to. Tłukłem ich i nie płaciłem im, a jednak nie jestem pewien ich wierności. Komu teraz ufać? Chodźmy więc zaraz na plac de Bergeres.

— Chcę panu coś zaproponować — rzekł ksiądz Coignard — i ufam, że moja propozycja się spodoba. Mieszkamy obaj z Rożenkiem w czarnoksięskim opuszczonym pałacu w bliskości krzyża des Sablons, gdzie z łatwością będziesz mógł przebyć dobę przez nikogo nie zauważony. Zaprowadzimy cię tam i tam poczekamy, aż nasz powóz będzie gotów. Dobre jest i to, że krzyż des Sablons nie jest zbyt daleko od placu des Bergères.

Pan d’Anquetil nie mógł nic zarzucić temu planowi; i przed tym małym trytonem, z którego tłustych policzków tryskała woda, stanęło ostatecznie, by najpierw iść do krzyża des Sablons, a potem w oberży pod „Czerwonym Koniem” wziąć kocz do Lugdunu.

— Powiem wam panowie — rzekł mój dobry mistrz — że z trzech butelek, które uniosłem, jedna rozbiła się na głowie pana de la Guéritaude, druga stłukła się w mojej kieszeni podczas ucieczki. Szkoda ich obu! Trzecią, wbrew oczekiwaniu, udało mi się zachować. Oto jest.