— Powietrze dziś łagodne — rzekł — choć trochę pochmurne. Czy nie chcesz przejść się ze mną po parku, zanim zasiądziesz do pracy nad przekładem Zosimosa Panopolitańczyka, który to przekład tobie i twemu mistrzowi wielki zaszczyt przyniesie, jeżeli ukończycie go tak, jakeście go rozpoczęli?

Niechętnie poszedłem za nim do parku, gdzie pan d’Astarac tak przemówił do mnie:

— Rad jestem, mój synu, że jestem tu sam z tobą, bo chcę cię przestrzec, dopóki czas jeszcze, przed nieszczęściem, które kiedyś spotkać by cię mogło. Robię sobie nawet wyrzuty, że dotychczas tego nie uczyniłem; to, co ci powiem, jest rzeczą wielkiej wagi.

To mówiąc, wiódł mnie aleją, która spuszczała się ku bagnom Sekwany, skąd widać było Reuil i Mont-Valérien z jego krzyżem. Był to jego zwykły cel przechadzki, toteż aleja ta była nieźle utrzymana, choć i tu kilka pni drzew leżało w poprzek drogi.

— Trzeba, byś wiedział — rzekł — na co naraziłbyś się, gdybyś zdradził twą salamandrę. Nie wypytuję cię o twe stosunki z tą nadziemską istotą, z którą miałem szczęście cię zapoznać; widzę, że sam niechętnie mówisz o tym, i może masz słuszność. Chociaż salamandry co do dyskrecji swych kochanków mają inne pojęcie niż damy dworskie i kobiety mieszczańskie, niemniej prawda to, że miłość piękna jest niewysłowiona i profanacją wielkiego uczucia jest rozlewać je na zewnątrz.

Twoja salamandra, której imię mógłbym z łatwością wiedzieć, gdybym był ciekawy i niedyskretny, nie powiedziała ci pewnie, że jedną z najżywszych jej namiętności jest zazdrość. Jest to cecha charakteru im wszystkim wspólna. Pamiętaj, synu, że salamandry nie można zdradzić bezkarnie; na zdrajcy mszczą się straszliwie. Opowiem ci przykład takiej zemsty, który przytacza boski Paracelsus i który wystarczy, by napełnić cię strachem zbawiennym.

W Niemczech, w mieście Staufen, żył filozof spagyricki, który jak ty miał stosunek z salamandrą, a był na tyle zepsuty, że zdradzał ją haniebnie z kobietą piękną wprawdzie, lecz nie piękniejszą, niż może być ziemianka. Pewnego wieczora, gdy wesoło w kółku przyjaciół wieczerzał z nową swą kochanką, biesiadnicy ujrzeli nad swymi głowami łydki cudownego kształtu. Pokazywała je salamandra, aby wiedziano, że nie zasługiwała na krzywdę, którą wyrządzał jej kochanek. Po czym oburzona niebianka raziła niewiernego apopleksją256. Ogół, który jest na to, by był oszukiwany257, widział w tym śmierć naturalną, ale wtajemniczeni wiedzieli dobrze, z czyjej ręki padł był cios. Winienem ci był, mój synu, ten przykład i przestrogę.

Nie były mi one tak potrzebne, jak się panu d’Astarac zdawało. Słuchając ich, miałem inne powody do obaw. Twarz moja musiała zdradzać niepokój, bo wielki kabalista, spojrzawszy na mnie, zapytał, czy może lękam się, że związki, tak surowymi karami obwarowane, zbytnio krępują mą młodość.

— Mogę cię uspokoić pod tym względem — dodał. — Zazdrość salamandr wybucha tylko, jeżeli im się daje ziemską rywalkę, i jest to raczej żal, oburzenie, wstręt aniżeli zazdrość właściwa. Salamandry mają duszę zbyt szlachetną i rozum zbyt subtelny, aby być zazdrosne jedna o drugą i dać się owładnąć uczuciu, które jest pozostałością barbarzyństwa, w jakim ludzkość jeszcze na pół jest pogrążona. Przeciwnie, rade są z towarzyszkami swymi dzielić rozkosze, jakich zażywają u boku mędrców, i chętnie przywodzą kochankom najpiękniejsze swe siostry. Niebawem na sobie przekonasz się o ich uprzejmości, bo nie minie rok, a może sześć miesięcy, a pokój twój będzie miejscem schadzki pięciu, sześciu tych cór powietrznych, które na wyścigi dla ciebie rozwiązywać będą swe lśniące zapaski. Bez obawy możesz odpowiadać na ich pieszczoty, kochanka twoja za złe ci tego nie weźmie. I jakże mogłaby się o to oburzać, będąc mądrą? W zamian i ty nie powinieneś gniewać się, jeżeli salamandra opuści cię na chwilę i nawiedzi innego filozofa. Zważ mój synu, że dumna zazdrość, którą ludzie wnoszą w stosunki płci, jest uczuciem dzikim i że opiera się na śmiesznym bardzo złudzeniu. Buduje się ono na tym przekonaniu, że kobieta jest własnością tego, komu się oddała; ale jest to tylko próżna gra słów.

Tak rozmawiając, pan d’Astarac zapuścił się w ścieżkę mandragor. Już przez liście widzieliśmy pawilon Mozaidesa, gdy straszny głos rozległ się w powietrzu; serce zamarło mi w piersiach. Były to dźwięki chropawe, zmieszane z ostrymi zgrzytami. Zbliżając się, zauważyliśmy, że były to tony modulowane i że każde zdanie kończyło się słabym zawodzeniem, którego niepodobna było słuchać bez drżenia.