Postąpiwszy kilka kroków, mogliśmy, nasłuchując, pochwycić treść tych słów szczególnych. Głos mówił:

— Usłysz przekleństwo Ezechielowe258 przeciw dzieciom zuchwałym i pustym, słuchaj klątwy, którą Barak ugodził Merosa259. Skazuję cię w imię Archithariela, który jest też panem bitew i dzierży miecz płomienisty. Skazuję cię na zgubę w imię Sardaliphona, który podaje panu swemu wonne kwiecie i wieńce wotywne, ofiarowane przez dzieci Izraela. Bądź przeklęty, psie, bądź przeklęty, wieprzu!

Zwracając się w stronę, skąd głos pochodził, na progu domu ujrzeliśmy Mozaidesa. Stał z wzniesionymi ramiony, z rękami naprzód wyciągniętymi na kształt szponów; zakrzywione jego paznokcie w świetle słońca zdawały się płonąć. W swej brudnej tiarze, w błyszczącej opończy, która otwierając się, odsłaniała chude, wykrzywione nogi okryte strzępami spodni, wyglądał jak jakiś bardzo stary, wiekuisty, żebrzący mag. Oczy jego błyszczały; mówił dalej:

— Bądź przeklęty w imię Globów, przeklęty w imię Kół, przeklęty w imię Bestii tajemniczych, które widział Ezechiel.

I wyciągał przed siebie długie ręce-szpony i gromił dalej:

— W imię Globów, w imię Kół, w imię Bestii tajemniczych, zstąp do tych, co już nie istnieją.

Postąpiliśmy o kilka kroków, chcąc zobaczyć, przeciw komu Mozaides zwracał swój gniew i przekleństwa. Jakież było me zdziwienie, gdy ujrzałem ksiedza Hieronima Coignarda, uczepionego do krzaka tarniny za połę ubrania! Ślady burzliwie spędzonej nocy widne były w całej jego osobie: płaszczyk i pluderki260 podarte, zabłocone pończochy, koszula rozpięta żałośliwie przypominały wspólne nasze przygody; na dobitkę spuchnięty nos psuł szlachetny zazwyczaj i pogodny wyraz jego twarzy.

Podbiegłem ku niemu i tak zręcznie uwolniłem go z kolców, że została na nich tylko cząstka spodni. Mozaides, nie mając już kogo przeklinać, wszedł do wnętrza domu. Przy tej okazji zauważyłem, ponieważ był obuty tylko w trepki, że jego nogi były osadzone pośrodku stóp, tak że pięta wystawała ku tyłowi tyleż prawie, co ku przodowi palce i podbicie. Przez to chód jego, który inaczej mógłby być wyniosły, był w istocie nader niezgrabny.

— Rożenku, mój synu — rzekł mój mistrz drogi, wzdychając — ten Żyd musi być chyba Izaakiem Laquedemem261 we własnej osobie, skoro tak złorzeczy we wszystkich językach. Przeznaczył mi w wielkiej obfitości obrazów śmierć rychłą i gwałtowną i nazwał mnie świnią w czternastu, jeśli się nie mylę, różnych narzeczach. Myślałbym, że to sam Antychryst, gdyby nie to, że brak mu niektórych cech, po których poznany ma być ten wróg Boży. Jak bądź jest to szkaradny Żydowin; zapewne nigdy koło, znak hańby, nie było przyszyte do odzieży zapalczywszego niewiernego. Zasługuje on nawet nie tylko na koło przyszywane do chałatu na znak hańby, ale i na koło, w które wplata się zbrodniarzy.

I mój drogi mistrz sam teraz w najwyższej pasji wygrażał pięścią Mozaidesowi, choć go już tu nie było, i oskarżał go o krzyżowanie dzieci i pożeranie niemowląt.