— Posuwa się, posuwa zwykłym krokiem, choć cokolwiek słabszym chwilowo — odrzekł ksiądz Coignard.
— Pamiętaj, mości księże — rzekł kabalista — że od poznania tych starych tekstów zależy posiadanie najważniejszych tajemnic.
— Myślę, myślę o tym sumiennie — odrzekł ksiądz.
Otrzymawszy to zapewnienie, pan d’Astarac pobiegł w gęstwinę na wezwanie salamander, zostawiając nas u stóp fauna, który wygrywał sobie spokojnie na flecie, nie troszcząc się, że jego strącona głowa spoczywa w trawie.
Mój zacny mistrz wziął mnie pod rękę z miną człowieka zadowolonego, że wreszcie mówić może otwarcie.
— Rożenku, mój synu — rzekł — nie mogę taić przed tobą, jak szczególne spotkanie miało miejsce dziś rano na poddaszu zamku, podczas gdy ciebie zatrzymał był na pierwszym piętrze ten wściekły dmuchacz. Bo słyszałem, że prosił cię, byś asystował mu chwilę przy jego czarnej kuchni, która jest mniej wonna i mniej chrześcijańska zaiste niż kuchnia imci pana Leonarda, twego ojca. Niestety! Kiedyż ujrzę znów gospodę pod „Gęsią Nóżką” i księgarnię pana Blaizota pod „Obrazem Świętej Katarzyny”, gdzie z taką przyjemnością przerzucałem książki świeżo przybyłe z Amsterdamu i Hagi?
— Niestety — zawołałem ze łzami w oczach — kiedyż i ja to zobaczę? Kiedyż ujrzę znów ulicę Świętego Jakuba, gdziem się urodził, i kochanych rodziców, których tak zmartwi wiadomość o naszych nieszczęściach! Ale racz mi objaśnić, co to za szczególne spotkanie zaszło dziś rano i wszystko, co zdarzyło się potem?
Hieronim Coignard przyrzekł odpowiedzieć na wszystkie moje pytania i zaczął w te słowa:
— Wiedz mój synu, że na najwyższe piętro zamku bez przeszkód dostałem się z panem d’Anquetil, którego dosyć lubię, chociaż jest szorstki i niewykształcony. Umysł jego nieuczony nie łaknie wiedzy, ale błyskotliwa żywość młodości i krewkość temperamentu wybucha u niego w sprytnych żartach. Zna świat tak, jak zna kobiety — dlatego że jest nad nim i nie rozumuje. Wielka to z jego strony naiwność, że mieni się ateuszem. Niewiara jego jest nieszkodliwa i zniknie sama przez się, gdy uspokoi się krewkość zmysłów. W tej duszy Bóg nie ma innego wroga jak konie, karty i kobiety. W umyśle prawdziwego bezbożnika, takiego jak pan Bayle na przykład, prawda ma przeciwników groźniejszych i przebieglejszych. Ale widzę mój synu, że kreślę ci oto wizerunek charakteru, a ty tylko prostej opowieści chcesz ode mnie.
Zaspokoję cię zaraz. Wszedłszy tedy z panem d’Anquetil na najwyższe piętro pałacu, wprowadziłem tego młodego szlachcica do twego pokoju i tak, jakeśmy mu obiecali tam przy wodotrysku z trytonem, prosiłem, by rozgospodarował się jak u siebie. Chętnie to uczynił, rozebrał się i tylko w butach jeszcze położył się do twego łóżka, zapuściwszy firanki, by spać mu nie przeszkadzała ranna światłość dzienna; po chwili też spał już smacznie.