Co do mnie, mój synu, wróciłem do swego pokoju i choć bardzo znużony, nie chciałem udać się na spoczynek, nie odszukawszy w księdze Boecjusza zdań stosownych do mego położenia. Czegoś absolutnie odpowiedniego nie znalazłem, rzeczywiście bowiem wielki Boecjusz nie rozmyślał, jak niefortunnym zdarzeniem jest rozbić głowę generalnemu intendentowi butelką wina z jego własnej piwnicy; tu i ówdzie jednak w cudnym tym traktacie znalazłem kilka maksym stosujących się jako tako do obecnych naszych koniunktur. Po czym naciągnąwszy szlafmycę na oczy i duszę poleciwszy Bogu, zasnąłem dość spokojnie. Po pewnym czasie, o ile mi się zdawało niedługim — choć nie miałem sposobu zmierzyć jego przeciągu, bo tylko czyny nasze, mój synu, są jedyną miarą czasu, który zatem podczas snu jest dla nas niejako w zawieszeniu — poczułem, że mnie ktoś ciągnie za ramię i krzyczy do ucha: „Księże dobrodzieju! He, księże, obudźże się!” Myślałem w pierwszej chwili, czy to nie strażnik policyjny przyszedł po mnie, by zaprowadzić mnie przed oblicze oficjała, i medytowałem, czy nie dobrze byłoby rozbić mu głowę lichtarzem.
Niestety, mój synu, wielka to prawda, że raz porzuciwszy drogę łagodności i sprawiedliwości, po której mędrzec kroczy pewną i przezorną stopą, zmuszeni jesteśmy popierać dalej gwałt gwałtem, okrucieństwo okrucieństwem; tak z pierwszego błędu wynikają wciąż nowe. Tę prawdę należy mieć zawsze na uwadze, by zrozumieć żywoty cezarów rzymskich. Żywoty te opowiedział bardzo dokładnie pan Crevier264.
Ci władcy nie urodzili się gorsi od innych ludzi; Cajusowi, zwanemu Kaligulą, nie zbywało na rozumie i zdrowym sądzie; uczucie przyjaźni nie było mu obce. Neron miał przyrodzone zamiłowanie do cnoty, temperament jego zapalał go do wszystkiego, co wielkie i wzniosłe. Pierwszy jakiś błąd rzucił ich obydwóch na drogę zbrodni, po której kroczyli aż do swego nędznego końca. Jasno to wynika z dzieła pana Crevier. Znałem tego zdolnego człowieka, gdy wykładał literaturę w kolegium w Beauvais, tak jak ja wykładałbym ją dziś, gdyby życie moje nie było rozdarte tysiącem przygód i gdyby przyrodzona mi miękkość serca nie była stawiała mi zasadzek, w które zawsze wpadałem. Pan Crevier, mój synu, był mężem czystych obyczajów, wyznawał surową moralność i — jak sam słyszałem — mawiał, że kobieta, która zdradziła wiarę małżeńską, zdolna jest do największych zbrodni: jak na przykład do zabójstwa, podpalenia itd. Przytaczam ci to zdanie, by ci dać wyobrażenie o świętej surowości tego kapłana. Ale oto znów odbiegam od przedmiotu, a pilno mi kończyć me opowiadanie. Myślałem zatem, że strażnik już ma mnie w ręku, już widziałem się w więzieniu arcybiskupstwa, gdy rozpoznałem twarz i głos pana d’Anquetil. „Księże — rzekł ów szlachcic — wydarzyła mi się w pokoju Rożenka szczególna przygoda. Podczas snu mego jakaś kobieta weszła do pokoju, wśliznęła się do mego łóżka i obudziła mnie słodkimi słówkami, gradem pocałunków i najczulszymi pieszczotami. Odsunąłem firankę, by zobaczyć rysy mej przygody; ujrzałem, że była to najcudniejsza w świecie brunetka z płomiennym okiem. Ale natychmiast krzyknęła i rozgniewana uciekła, nie tak szybko jednak, bym jej nie dognał w korytarzu, gdzie pochwyciwszy, zatrzymałem ją w silnych uściskach. Wyrywała się, drapała mnie po twarzy; gdy już, jak jej się zdawało, podrapała mnie dostatecznie dla zaspokojenia swego honoru, poczęliśmy rozmawiać. Z przyjemnością dowiedziała się, że jestem szlachcicem i nie najuboższym. Wkrótce przestałem być jej wstrętny i już była jak najżyczliwsza dla mnie, gdy w korytarzu ukazał się kuchcik; tym razem ze strachu czmychnęła bez powrotu. Przypuszczam — dodał pan d’Anquetil — że ta cudna dziewczyna przyszła do kogoś innego, nie do mnie. Musiała omylić się co do drzwi i to zdziwienie było powodem jej przestrachu; ale uspokoiłem ją dobrze i gdyby nie ten kuchcik, byłbym zupełnie zyskał jej przyjaźń”. Nie przeczyłem tym jego nadziejom; zaczęliśmy zastanawiać się, do kogo by też ta piękna osoba przychodzić mogła, i zgodziliśmy się na to, jak ci to już mówiłem, Rożenku, że wybranym jest ów stary wariat d’Astarac, który ma z nią schadzki w pokoju sąsiadującym z twoim, a może nawet bez twej wiedzy i w twoim własnym pokoju. Cóż ty na to?
— Bardzo to być może — odrzekłem.
— Z pewnością tak jest — dodał mój drogi mistrz. — Ten czarownik kpi z nas swymi salamandrami, a w rzeczywistości pieści ładną dziewczynę. To oszust.
Prosiłem mego mistrza, by opowiadał dalej, co też chętnie uczynił.
— Skracam, mój synu, słowa pana d’Anquetil, bo jest rzeczą umysłu niskiego i pospolitego rozwodzić się nad błahymi zdarzeniami; powinniśmy, przeciwnie, zwięźle streszczać się w kilku słowach, a dla nauk i rad moralnych zachować obfitą, porywającą wymowę, która wtedy jak śnieżna lawina z gór toczyć się powinna. Wystarczy więc, gdy zamiast wielu słów powiem ci, iż pan d’Anquetil zapewnił mnie, że jego zdaniem jest to dziewczyna nadzwyczajnie piękna, wdzięczna i czarująca. Zakończył swe zachwyty, zapytując mnie, czy wiem, kto ona i jak się nazywa. „Podług portretu, jaki mi tu go kreślisz — rzekłem — poznaję w niej siostrzenicę rabina Mozaidesa, Jahelę, którą zdarzyło mi się również ucałować pewnej nocy na tych samych schodach, z tą różnicą, że było to między piętrem pierwszym a drugim”. „Spodziewam się — odrzekł pan d’Anquetil — że w pocałunku była jeszcze inna różnica, bo co do mnie, chwyciłem ją bardzo blisko. Przykro mi też jest, że jest Żydówką; chociaż nie wierzę w Boga, wolałbym, by była chrześcijanką. Ale któż może znać swe pochodzenie? Kto wie czy nie jest to dziecko ukradzione? Żydzi i Cyganie stale codziennie uprowadzają dzieci. Przy tym nie dosyć powtarzamy sobie, że Najświętsza Panna była także Żydówką. Kimkolwiek jest, Żydówką czy nie, podoba mi się, chcę ją mieć i mieć ją będę”. Oto słowa tego młodego szaleńca. Ale pozwól mi, synu, spocząć na tej omszałej ławce; przygody tej nocy, walki, które stoczyłem, późniejsza ucieczka zupełnie z nóg mnie zbiły.
Usiadł i wyjąwszy pustą tabakierkę z kieszeni, żałośnie na nią spoglądał.
Usiadłem przy nim wzburzony i przygnębiony zarazem. Opowiadanie to zasmuciło mnie do żywego. Przeklinałem los, który na moje miejsce podsunął tego brutala w chwili, gdy moja droga kochanka przyszła do mnie z objawami najżywszej czułości, nie wiedząc, że ja wtenczas podkładałem szczapy w piecu alchemika. Więcej niż prawdopodobna niestałość Jaheli krwawiła mi serce i byłbym wolał, by mój mistrz zachował był więcej dyskrecji przed moim rywalem. Odważyłem się — z całym szacunkiem — zrobić mu zarzut z tego, że zdradził imię Jaheli.
— Księże Coignardzie — rzekłem — czy nie było nieostrożnie dać te wskazówki temu gwałtownemu i rozpustnemu pankowi?