— Rożenku — surowo rzekł mój mistrz — mówisz jak faryzeusz268. Pewien moralista, równie miły jak surowy, powiedział: Zwróćcie oczy na siebie samych, a strzeżcie się sądzić czyny cudze. Sądzić innych — próżna to praca, bo mylić się można często i grzeszyć łatwo; siebie samych zaś badać i sądzić — rzecz zawsze owocna”. Powiedziane jest: „Nie będziecie lękać się sądów ludzkich”269, a święty Paweł apostoł rzekł: „Nie dbam o zdanie sędziów ludzkich”270. Przytaczam ci te najpiękniejsze maksymy moralności, by cię pouczyć Rożenku i przywieść znów do kornej i cichej skromności, tak stosownej dla ciebie. Nie czynię to po to, by siebie uniewinnić. Niestety bowiem liczne nieprawości moje tłoczą mnie i gnębią. Trudno jest nie osunąć się w grzech, a więc słuszne nie wpadać w rozpacz na każdym kroku, który czynimy na tym świecie, gdzie w każdym czynie część wynika z klątwy pierworodnej, część zaś z odkupienia dokonanego przez krew Syna Bożego. Nie chcę upiększać swej winy i przyznaję, że misja, której się podjąłem na usilne prośby pana d’Anquetil, wiąże się z upadkiem Ewy, jest, że tak powiem, jedną z jego niezliczonych konsekwencji; natomiast uczucie smutku i pokory, jakim jestem teraz przejęty, czerpię z pragnienia i nadziei wiecznego zbawienia mej duszy. Powinieneś pamiętać zawsze, że ludzie ważą się nieustannie między potępieniem i odkupieniem, i w tej chwili oto jestem na dobrym końcu tej wagi, gdy dziś rano byłem po złej stronie.

Wiedz zatem, że przeszedłszy ścieżkę mandragor, skąd widać dobrze dom Mozaidesa, ukryłem się w tarninie, czekając ukazania się Jaheli w oknie. Ujrzałem ją niebawem; wtedy wynurzyłem się z krzaków i gestami dałem jej znać, by zeszła do mnie. Uczyniła to w chwili, gdy, jak sądziła, udało jej się zmylić czujność swego starego wuja-dozorcy. Po cichu opowiedziałem jej w krzaku przygody tej nocy, o których nie wiedziała jeszcze, powiedziałem, jakie zamiary względem niej ma ten zapalczywy szlachcic, i przedstawiłem jej, że zarówno w interesie własnym, jak i dla mego i twego ratunku, Rożenku, trzeba, by zapewniła pomyślność naszej ucieczki i przystała na porwanie. Błysnąłem przed nią obietnicami pana d’Anquetil. „Jeśli zgodzisz się pojechać z nim dziś wieczór — rzekłem — dostaniesz dobrą, pewną rentę271, wyprawę bogatszą niż wyprawa tancerki w operze lub ksieni272 Panthémont273 i piękne srebra”. „Bierze mnie za gamratkę274, którą kupić można; to bezczelnik”. „Kocha cię — odrzekłem. — Czyż chciałabyś, by cię tylko szanowano?” „Trzeba mi kieski, i to ciężkiej. Czy mówił ci o kiesce? Otóż, księże, powiedz mu...” „Cóż mu powiem?...” „Że jestem porządną dziewczyną”. „I co więcej?” „Że jest zbyt śmiały”. „I to wszystko? Pomyśl, Jahelo, o naszym ratunku”. „Powiedz mu, że nie inaczej zgodzę się z nim pojechać, aż mi w należnej formie wystawi skrypt dłużny, który podpisze dziś wieczór na wyjezdnym”. „Podpisze ci go. Zatem sprawa załatwiona?”. „Nie, księże, nie załatwiona, jeżeli nie zgodzi się, bym brała lekcje u Couperina275; chcę uczyć się muzyki”.

Byliśmy w tym punkcie naszej konferencji, gdy na nieszczęście spostrzegł nas Mozaides i choć nie słyszał słów, domyślił się, o co chodzi, bo nazwał mnie uwodzicielem i obrzucił gradem wymysłów. Jahela uciekła do swego pokoju, a ja pozostałem sam, na wściekłość tego bogobójcy wystawiony, w sytuacji, w której mnie zastałeś i z której uwolniłeś mnie, mój synu. Po prawdzie, sprawa już załatwiona, na porwanie zgoda. Ucieczka nasza zapewniona; Koła i Bestie Ezechiela nie przeważą kieski z dukatami; boję się tylko, czy ten stary Mordechaj nie zamknął siostrzenicy na potrójne spusty.

— Rzeczywiście — rzekłem, nie mogąc ukryć swego zadowolenia — słyszałem brzęk kluczy i kłódek w chwili, gdy oswobadzałem księdza spośród cierni. Ale czy prawda, że Jahela tak łatwo zgodziła się na te zgoła nieprzystojne propozycje, które nie mogło ci być przyjemnie jej oznajmić? Jestem niezmiernie tym zdumiony. Powiedz mi też, mój drogi mistrzu, czy nie mówiła o mnie, czy nie wspomniała mego imienia, z westchnieniem lub inaczej?

— Nie, mój synu — rzekł ksiądz Coignard — nie wymówiła go, przynajmniej nie tak bym je usłyszał. Nie szepnęła też imienia pana d’Astarac’a, swego kochanka, które powinno jej być bliższe od twego. Ale nie dziw się, że zapomniała swego alchemika; nie dosyć jest posiadać kobietę, by w jej duszy wyryć ślad trwały i głęboki. Dusze ludzkie są prawie nieprzenikliwe jedne dla drugich, co ukazuje, jak okrutna nicość jest w miłości. Mędrzec winien rzec sobie: „Niczym jestem w tym niczym, jakim jest oto stworzenie wszelkie. Chcieć pozostawić pamięć o sobie w sercu kobiety, jest to chcieć odcisnąć ślad pierścienia na bieżącej wodzie. Toteż strzeżmy się zamieszkać w tym, co przemija, a przywiążmy się do tego, co nie umiera”.

— Wreszcie — rzekłem — Jahela jest za dobrymi zamkami i można polegać na czujności jej strażnika.

— Mój synu — rzekł mój drogi mistrz — dziś wieczorem ma ona spotkać się z nami w oberży pod „Czerwonym Koniem”. Mrok sprzyja ucieczkom, porwaniom, wszelkim czynom tajemnym i skrytym. Trzeba nam polegać na przebiegłości tej dziewczyny. Co do ciebie, staraj się być na placu des Bergères o zmierzchu. Wiesz, że pan d’Anquetil nie jest bardzo cierpliwy i że gotów pojechać bez ciebie.

Gdy to mówił, rozległ się głos dzwonu wzywający nas na śniadanie.

— Czy nie masz, mój synu, igły i nitki? — rzekł jeszcze ksiądz Coignard. — Ubranie moje jest w kilku miejscach podarte i zanim przyjdę do stołu, chciałbym kilkoma ściegami doprowadzić je do dawnej przyzwoitości. Spodnie szczególniej mnie niepokoją i jeżeli zaraz ich nie poratuję, czuję, że z nimi już koniec.

Zająłem za stołem kabalisty zwykłe swe miejsce, myśląc ze smutkiem, że siedzę tu po raz ostatni. Zdrada Jaheli żałobą napełniała me serce. „Niestety! — dumałem. — Najżywszym mym życzeniem było uciec z nią i nie myślałem nigdy, by się to spełnić mogło. Spełniało się to teraz, ale w jak okrutny sposób!” I podziwiałem teraz mądrość mego drogiego mistrza, który, gdym pewnego dnia zbyt żywo pragnął powodzenia pewnej sprawy, odpowiedział mi słowami Biblii: „Et tribuit eis petitionem eorum276. Smutek mój i niepokój odejmowały mi apetyt, ledwie też tknąłem potraw. Mój drogi mistrz mimo wszystko zachował niezmącony wdzięk swego umysłu. Rozmawiał uprzejmie i więcej podobny był do jednego z mędrców Telemaka277, rozprawiających w cieniu Pól Elizejskich, niż do człowieka ściganego za morderstwo i skazanego na żywot nędzny i tułaczy. Pan d’Astarac, myśląc, że spędziłem noc w gospodzie ojca, bardzo uprzejmie zapytał mnie o rodziców i jak gdyby nie mógł na chwilę nawet pozbyć się swych wizji, dodał: