— Kiedy mówię o tym kucharzu jako o ojcu twoim, ustępuję tu oczywiście zwyczajowi powszedniemu, a nie wchodzę w istotny stan rzeczy. Bo, mój synu, nie ma na to dowodów, byś nie miał być spłodzony przez sylfa. Nawet chętnie uwierzę w to raczej, zwłaszcza jeżeli twój umysł, jeszcze wątły, rozwinie się w sile i piękności.
— Och, nie mów pan tak — rzekł, uśmiechając się, mój mistrz drogi — będzie on musiał ukrywać swe talenty, by nie szkodzić dobrej reputacji swej matki. Ale gdybyś ją znał lepiej, wierzyłbyś tak jak ja, że nie miała ona nigdy stosunków z sylfami. Jest to dobra chrześcijanka, która w związku cielesnym żyła tylko ze swym mężem i u której cnota maluje się na twarzy, — nie taka była inna właścicielka gospody, niejaka pani Quonian, o której dużo mówiono w Paryżu i na prowincji w czasach mej młodości. Nie słyszałeś pan nic o niej? Miała ona za galanta imć pana Mariette’a, który był później sekretarzem pana d’Angervilliers. Był to szczodry grubas, który ilekroć widział swą lubą, dawał jej jakiś klejnot na pamiątkę, to krzyż lotaryński, to zegarek, łańcuszek lub chustkę do nosa, wachlarz, szkatułkę; skupywał dla niej całe kramy z biżuterią i bielizną na jarmarku w Saint-Germain. Małżonek, widząc swą panią kucharzową przybraną jak monstrancja, jął podejrzewać, że nie jest to dobro uczciwie nabyte. Zaczął więc śledzić żonę i rychło przydybał ją z kochankiem, a że był szkaradnym zazdrośnikiem, rozgniewał się bardzo, co mu na dobre nie wyszło — przeciwnie. Zakochana para, której przeszkadzały jego gniewy, postanowiła się go pozbyć. Imćpan Mariette miał długą rękę; wystarał się i otrzymał wreszcie pozwolenie uwięzienia nieszczęsnego Quoniana. Tymczasem chytra małżonka tak rzecze do pana kucharza: „Pojedźmy, proszę cię, na obiad za miasto w przyszłą niedzielę. Ta wycieczka ogromną sprawi mi przyjemność”. Tak czule nalegała, że mąż, połechtany po sercu, zgodził się na wszystko, co chciała. W niedzielę wsiadł z nią do dorożki, by udać się za miasto do Porcherons, ale zaledwie przybyli do Roule, gdy nastawieni przez imćpana Mariette’a strażnicy porwali niewygodnego męża, zaprowadzili go do Bicêtre278, skąd wyekspediowano go nad Missisipi279, gdzie jest jeszcze obecnie. Ułożono z tego zdarzenia piosenkę, kończącą się słowy:
Mąż sprytny i dogodny
Na pół przymyka oczy,
Lepszy ten zwyczaj modny
Niż spacer do Luizjany.
I to jest rzeczywiście jedyny pewny morał, który wyciągnąć można z przykładu imćpana Quoniana.
Co do przygody samej, gdyby opowiedział ją jaki Petroniusz280 lub Apulejusz, dorównałaby najlepszej opowieści milezyjskiej281. Pisarze nowsi w epopei i tragedii nie dorównują starożytnym; jeżeli jednak w opowieściach nie prześcignęliśmy Greków i Rzymian, nie jest to zaiste wina dam paryskich, które przemyślnymi sztuczkami i zręcznymi pomysłami dosyć nam do nich dostarczają materiału. Słyszał pan zapewne o zbiorku Boccaccia282; czytałem go często dla rozrywki i twierdzę, że gdyby ten florentyńczyk żył teraz we Francji, przygoda Quoniana dałaby mu treść najzabawniejszej powiastki. Ja wspomniałem tu o niej jedynie, aby przez kontrast tym żywiej zabłysła cnota pani Leonardowej Rożenowej, która jest zaszczytem swego stanu, tak jak pani Quonian była jego hańbą. Śmiem twierdzić, że pani Rożenowa pełniła zawsze przeciętne i pospolite cnoty, zalecane w małżeństwie, które z wszystkich siedmiu sakramentów jest jedynym godnym wzgardy.
— Nie przeczę — rzekł pan d’Astarac — ale ta pani Rożenowa byłaby więcej jeszcze szacunku godna, gdyby była miała stosunek z sylfem za przykładem Semiramidy283, Olimpiady i matki wielkiego papieża Sylwestra II.
— Ach mój panie — rzekł ksiądz Coignard — mówisz zawsze o sylfach i salamandrach, ale powiedz też szczerze, czy też widziałeś ich kiedy?