— Tak jak ciebie widzę — odrzekł pan d’Astarac — a salamandry widziałem nawet znacznie bliżej.

— To nie wystarcza, mój panie, by wierzyć w ich istnienie, które przeciwne jest naukom Kościoła. Można być ofiarą złudzenia; oczy i wszystkie zmysły nasze są posłańcami błędów i zwiastunami fałszu; więcej nas zwodzą, niźli uczą, ukazują nam tylko niepewne i błędne obrazy. Prawda im się wymyka, bo prawda ma to wspólne ze swym pierwiastkiem wiekuistym, że tak jak on jest niewidzialna.

— Ach — rzekł pan d’Astarac — nie wiedziałem, że masz tak subtelny i filozoficzny umysł.

— Zaiste — odrzekł mój drogi mistrz — są dnie, w których duch mój jest bardziej ociężały, więcej przywiązany do poziomych rozkoszy stołu i łoża; ale tej nocy rozbiłem butelkę o głowę poborcy i to nadzwyczajnie podnieciło mego ducha. Czuję, że byłbym w stanie rozpędzić widma, które cię prześladują, i zdmuchnąć te wszystkie dymy. Bo ostatecznie, mój panie, te sylfy są tylko wyziewami twej wyobraźni.

Pan d’Astarac wstrzymał go łagodnym gestem i zapytał:

— Przepraszam, księże dobrodzieju, czy wierzysz w demony?

— Odpowiem ci na to łatwo — rzekł mój drogi mistrz — wierzę w to, co mówi o demonach Pismo Święte, a odtrącam jako nadużycie i zabobon wiarę w czary, amulety i egzorcyzmy. Święty Augustyn284 naucza, że gdy Pismo każe nam opierać się czartom, należy pod tym rozumieć opór przeciw namiętnościom i nienasyconym chuciom. Nie ma nic szkaradniejszego nad te wszystkie gadki diabelskie, którymi kapucyni straszą dewotki.

— Widzę — rzekł pan d’Astarac — że starasz się myśleć jak człowiek rzetelny; równie jak ja nienawidzisz grubych zabobonów mniszych, ale wierzysz przecie w demony; to wyznanie nietrudno mi było z twych własnych ust otrzymać. Wiedz zatem, że demonami są właśnie sylfy i salamandry; ciemnota i strach trwożliwej wyobraźni zeszpeciły ich rysy, ale w rzeczywistości są oni piękni i cnotliwi. Nie myślę zaznajomić cię z salamandrami, bo nie jestem dość pewny czystości twych obyczajów, ale nic nie stoi na przeszkodzie, mości księże, bym ci ułatwił obcowanie z sylfami, które zamieszkują przestwory powietrzne i zbliżają się do ludzi chętnie, z dobrotliwą życzliwością — tak dalece, że nazwano ich nawet geniuszami-pomocnikami. Nie tylko nie chcą naszej zguby, jak to utrzymują teologowie, którzy mają je za diabły, ale przeciwnie, bronią i strzegą swych ziemskich przyjaciół. Mógłbym przytoczyć ci niezliczone na to przykłady, ale zadowolę się jednym tylko zdarzeniem, które słyszałem z ust samej pani marszałkowej de Grancey. Była już niemłodą kobietą i od kilku lat wdową, gdy pewnej nocy w łóżku nawiedził ją sylf i rzekł do niej: „Pani, każ przeszukać garderobę twego zmarłego małżonka; w jednej z kieszeni jego spodni jest list, który, gdyby treść jego znano, zgubiłby pana des Roches, mojego, a i twojego przyjaciela. Odszukaj ten list i spal go”.

Marszałkowa obiecała starannie spełnić to polecenie i zapytała sylfa, jak się ma zmarły jej małżonek, ale sylf zniknął i nie odpowiedział ani słowa. Obudziwszy się, zawołała swoje służebne i kazała zobaczyć im, czy są jeszcze jakie ubrania marszałka w garderobie. Odpowiedziały jej, że lokaje wszystko zabrali i sprzedali handlarzowi starzyzny. Pani de Grancey nalegała, aby dobrze przeszukały, czy nie znajdzie się choć jedna para spodni. Przeszukawszy wszystkie kąty, znaleziono staromodne, czarne atłasowe spodnie haftowane i te przyniesiono marszałkowej. Pani de Grancey sięgnąwszy do kieszeni, znalazła list, którego treść aż nadto dostateczna była, by pana de Roches uwięziono jako więźnia stanu; toteż natychmiast go spaliła. Tak szlachcic ten ocalony został przez swych bliskich przyjaciół: sylfa i panią marszałkową.

Proszę cię, mości księże, czy to są obyczaje diabelskie? Ale opowiem ci jeszcze jeden fakt, który cię bliżej obejdzie i wzruszy serce tak uczonego jak ty człowieka. Wiesz, że w akademii w Dijon dużo było świetnych i uczonych mężów; jeden z nich, żyjący w zeszłym stuleciu, i którego imię nie jest ci zapewne obce, poświęcał noce całe na przygotowanie edycji Pindara285. Jednej nocy, gdy biedził się nad zrozumieniem treści pięciu wierszy, z których tekstem, bardzo zepsutym, rady sobie dać nie mógł, zrozpaczony usnął o świcie. Podczas snu życzliwy mu sylf myślą przeniósł go do Sztokholmu, wprowadził go w pałacu królowej Krystyny286 do biblioteki i zdjąwszy z półki rękopis dzieł Pindara, otworzył go na owym trudnym miejscu. Znajdowały się tam dwa czy trzy warianty tych pięciu wierszy, które przez to stały się zupełnie zrozumiałe. W gwałtownej swej radości nasz uczony obudził się, rozniecił światło krzesiwem287 i ołówkiem nakreślił wiersze tak, jak je zapamiętał; po czym usnął głęboko. Nazajutrz, rozmyślając nad swą przygodą, postanowił rzecz wyjaśnić. Pan Descartes bawił wówczas w Szwecji u królowej, której wykładał filozofię. Nasz pindarysta znał go, ale był w stosunkach bliższych z ambasadorem króla szwedzkiego we Francji, panem Chanut. Udał się więc do niego, z prośbą o doręczenie panu Descartes’owi listu, w którym zapytywał go, czy rzeczywiście w bibliotece królowej w Sztokholmie znajduje się manuskrypt Pindara zawierający warianty tych wierszy tak, jak je tu przytaczał. Pan Descartes, człowiek niesłychanie uprzejmy, zawiadomił akademika z Dijon, że rzeczywiście w bibliotece królewskiej jest manuskrypt z tymi wariantami, które pan Descartes sam na własne oczy tam widział.