— Sprowadźcie kołodzieja — rzekł pan d’Anquetil — i niech wszystko będzie mi gotowe za godzinę.

— Nie ma tu kołodzieja — odpowiedzieli pocztylioni.

— Kowala.

— Nie ma kowala.

— Siodlarza.

— Nie ma siodlarza.

Rozejrzeliśmy się wokoło. Ku stronie zachodniej aż do końca widnokręgu rozciągały się spokojnymi liniami wzgórza winnic; na jednym wzgórzu obok dzwonnicy unosił się dym nad dachem. Po przeciwnej stronie spowita w lekką mgłę płynęła Saona; cienie topoli wydłużały się na wybrzeżu, ostry krzyk ptaka rozdzierał czasem rozległą ciszę.

— Gdzież jesteśmy? — spytał pan d’Anquetil.

— O dobre dwie mile od Tournus — odrzekł, spluwając krwią, pocztylion, który leżał był w rowie — a przynajmniej cztery od Mâcon.

I ukazując ręką na dach dymiący na wzgórku, dodał: