Tak ci dwaj zacni ludzie roztrząsali między sobą obrazy sławy i piękna, ozdobę życia.
— Co się stało, kochany panie — zapytał Aspertini — z tym żołnierzem łacinnikiem, którego poznałem u pana, z tym sympatycznym panem Roux, który sławę wojenną zdawał się oceniać wedle właściwej miary? Bo gardził rangą kaprala.
Pan Bergeret zwięźle odrzekł, że pan Roux powrócił do pułku.
— Za ostatniej mej bytności w tym mieście — rzekł komandor Aspertini — drugiego stycznia, jeśli się nie mylę, zastałem tego młodego uczonego na podwórzu biblioteki pod lipą. Rozmawiał z młodą odźwierną, która miała ucho czerwone. Jak panu wiadomo, jest to oznaką, iż słuchała go z przychylnym zmieszaniem. Niezmiernie ładna była ta delikatna różowa koncha, osadzona nad bielutką szyją. Udałem, że ich nie widzę, przez dyskrecję nie chciałem być w roli tego filozofa pitagorejskiego, który w Metaponcie przeszkadzał zakochanym. Młoda ta dziewczyna jest postacią bardzo wdzięczną: ma rude włosy, podobne do płomieni, białą delikatną cerę, lekko piegowatą, jakby od wewnątrz rozjaśnioną. Zauważył ją pan, panie Bergeret?
Pan Bergeret, który ją był dobrze zauważył i któremu bardzo się podobała, odpowiedział skinieniem głowy. Był zbyt porządnym człowiekiem, zbyt szanował swój stan i zbyt był dyskretny, żeby sobie na cośkolwiek pozwolić z młodą odźwierną. Ale delikatna cera, kształty szczupłe i wiotkie, wdzięczna postać tej dziewczyny nieraz podczas pracowitych studiów unosiły się przed jego oczyma znad pożółkłych kart Serviusa58 lub Donata59. Nazywała się Matylda; opowiadano, że lubi ładnych chłopców. Pan Bergeret był zazwyczaj pełen pobłażania dla kochanków. Ale myśl, że pan Roux podoba się Matyldzie, była mu przykra.
— Było to wieczorem, po zamknięciu biblioteki — ciągnął dalej komandor Aspertini. — Przepisałem trzy niewydane listy Muratoriego, nienotowane w katalogu. Przechodząc przez podwórze, na którym ustawione są szczątki starożytnych pomników waszego miasta, ujrzałem pod lipą przy studni, niedaleko od galo-rzymskiej steli przewoźników, młodą odźwierną o złotych włosach, jak ze spuszczonymi oczyma, kręcąc grube klucze naokoło palca, słucha słów pana Roux, pańskiego ucznia. To, co mówił do niej, nie różniło się prawie od tego, co mówił pasterce kóz pasterz Oaristys60. I wynik tej rozmowy nie pozostawiał wątpliwości. Rozumiałem, że naznacza jej schadzkę. Zapewne dzięki wprawie, nabytej przy badaniu pomników sztuki starożytnej, przeniknąłem od razu znaczenie tej grupy.
Uśmiechnął się i dodał:
— Panie Bergeret, nie odczuwam wszystkich finezji, wszystkich odcieni waszego pięknego języka. Ale wyrazy: dziewczyna, panna nie zadowalają mnie, gdy określić mają istotę tak powabną, jak odźwierna waszej miejskiej biblioteki. Nie można użyć wyrazu dziewica, który zestarzał się i wypaczył; nawiasem mówiąc, szkoda, że się tak stało. Niezręcznie byłoby nazwać ją młodą osobą; uważam, że tylko nazwa nimfy jest dla niej stosowna. Ale proszę pana, panie Bergeret, nie powtarzaj tego, co tu o niej mówiłem, mogłoby to jej zaszkodzić. Nie trzeba, aby tajemnice te znane były merowi i bibliotekarzom. Byłbym szczerze zmartwiony, gdybym nawet mimowolnie wyrządził choć najmniejszą przykrość pańskiej nimfie.
„To prawda, że ładna jest ta moja nimfa” — pomyślał pan Bergeret.
Posmutniał i nie wiedział już dobrze w tej chwili, z jakiego powodu ma żal do pana Roux, czy za to, że podobał się odźwiernej biblioteki, czy też za to, że uwiódł panią Bergeret.