W tej chwili ostry głos zawołał na korytarzu:

— Poulot! Poulot!

Otyła dama o siwych włosach zwiniętych w papiloty, w peniuarze, żywo wbiegła do pokoju. Była to pani Cartier de Chalmot, wzywająca generała na śniadanie.

Już z władczą czułością potrząsnęła była mężem i raz jeszcze zawołała „Poulot!”, gdy spostrzegła starego księdza wciśniętego w kąt koło drzwi.

Przeprosiła go za swój zaniedbany strój. Tego ranka miała tak dużo roboty! Trzy córki, dwóch synów, siostrzeniec-sierota, mąż: siedmioro dzieci, którymi zająć się trzeba!

— Ach, szanowna pani — rzekł ksiądz — Bóg panią zsyła! Będzie pani moją opatrznością.

— Opatrznością księdza, księże kapelanie?

Opięte szarym szlafrokiem rozłożyste jej kształty świadczyły o majestacie kilkakrotnego macierzyństwa, twarz, zdobna wąsem, błyszczała dumą matrony, szerokie ruchy zdradzały zwinność gospodyni przywykłej do pracy i swobodę kobiety przyzwyczajonej do oficjalnych hołdów. Generał znikał poza nią. Była jego fortuną i duchem opiekuńczym; jej pracowitość i dzielność utrzymywała cały dom — ubogi, a wystawny. Paulina była tu jednocześnie szwaczką, kucharką, krawcową, służącą, nauczycielką, aptekarką, nawet modystką o naiwnie krzykliwym guście, na obiadach zaś i większych przyjęciach okazywała doskonałe wychowanie, dumny profil i piękne jeszcze ramiona. Powszechnie mawiano w dywizji, że gdyby generał został ministrem wojny, generałowa świetnie umiałaby czynić honory domu w pałacu przy bulwarze Saint-Germain.

Ruchliwa działalność i praca generałowej szczodrze objawiały się na zewnątrz w pobożnych i miłosiernych uczynkach. Pani Cartier de Chalmot była opiekunką trzech żłobków i dwunastu fundacji zaleconych przez kardynała arcybiskupa. Kardynał Charlot miał dla tej damy osobliwą predylekcję i mawiał niekiedy ze swym światowym uśmiechem: „Pani jest generałową w armii miłosierdzia chrześcijańskiego”. I Jego Eminencja zgodnie z głoszoną doktryną nie zapominał dodać: „A nie ma miłosierdzia poza miłosierdziem chrześcijańskim. Bo jedynie Kościół może rozwiązać zagadnienia społeczne, które niepokoją umysły i są specjalną troską naszego ojcowskiego serca”.

Tak też myślała pani generałowa Cartier de Chalmot. Była ona bardzo pobożna otwarcie, w sposób nieco krzykliwy, podobnie jak krzykliwy był jej głos i kwiaty na jej kapeluszach. Wiara jej, rozlewna i dekoratywna jak łono, w którym się mieściła, wspaniale objawiała się w salonach. Swymi uczuciami religijnymi generałowa wielce szkodziła mężowi. Ale oboje nie zważali na to. Generał także miał przekonania chrześcijańskie, co by mu nie przeszkodziło jednak aresztować kardynała arcybiskupa, gdyby dostał rozkaz na piśmie od ministra wojny. Pomimo to był podejrzany dla demokracji. Nawet prefekt Worms-Clavelin, bynajmniej nie fanatyk, uważał generała Cartier de Chalmot za człowieka niebezpiecznego. Była to wina generałowej. Miała ona ambicję, lecz jednocześnie wysokie poczucie honoru i nigdy by nie zdradziła swego Boga.