Ksiądz i profesor zasiedli na kamiennej ławce, na której siedzieli już dwaj milczący, bladzi i znużeni starcy. Z ławki był widok na zieloną łąkę, która opadała miękko w przejrzystej mgle aż do topoli rosnących nad rzeką.

— Księże rektorze — rzekł profesor — jak wszyscy, przerzuciłem i ja w bibliotece miejskiej Hortus i Thesaurus Rajmunda Wielkiego. Nadto czytałem świeżo wydaną książkę księdza Cazeaux o Doktorze balsamicznym. Otóż, co mnie w tej książce uderzyło...

— Ksiądz Cazeaux jest jednym z moich uczniów — przerwał ksiądz Lantaigne. — Jego książka o Rajmundzie Wielkim opiera się na faktach, co jest zaletą, i na słusznej doktrynie, co jest bardziej jeszcze pochwały godne i rzadkie, gdyż doktryna zatraca się coraz bardziej w tej Francji upadłej, która była największym narodem, póki była najmocniejsza w teologii.

— Ta książka księdza Cazeaux — ciągnął pan Bergeret — wydała mi się interesująca z różnych powodów. Nie znając teologii błąkałem się w niej nieraz. Ale wyrozumiałem z niej, że błogosławiony Rajmund, ten mnich tak bardzo prawowierny, twierdził, że mędrzec może mieć o tym samym przedmiocie dwa różne, wręcz sprzeczne sądy: jeden teologiczny, zgodny z Objawieniem, drugi czysto ludzki — oparty na doświadczeniu lub rozumowaniu. Doctor balsamicus, którego posąg tak poważnie zdobi podwórzec pałacu arcybiskupiego, utrzymywał, o ile zrozumiałem, że ten sam człowiek może jako obserwator i uczony zaprzeczać prawdom, w które jako chrześcijanin wierzy i które wyznaje. I zdawało mi się, że ksiądz Cazeaux, uczeń księdza rektora, godzi się na taki dziwny system.

Ksiądz Lantaigne, ożywiony tym, co usłyszał, wyciągnął z kieszeni czerwoną chustkę, którą rozwinął jak sztandar, i z twarzą pałającą, z szeroko otwartymi ustami, z czołem podniesionym, rzucił się śmiało w szranki dysputy.

— Panie Bergeret, czy można mieć o tej samej sprawie dwa zupełnie różne sądy, jeden teologiczny, pochodzenia boskiego, drugi czysto racjonalny lub doświadczalny, ludzki — to pytanie rozstrzygam twierdząco. I wykażę panu słuszność tej pozornej sprzeczności na najprostszym przykładzie. Kiedy siedząc w swym gabinecie przed stołem zarzuconym księgami i papierami wołasz: „To nie do uwierzenia, w tej chwili położyłem na stole nóż do rozcinania papieru i nie mogę go znaleźć; widzę go, zdaje mi się, że widzę go jeszcze, a już go nie widzę”, gdy tak myślisz, panie Bergeret, masz dwa zupełnie odmienne sądy o tym samym przedmiocie; jeden, że twój nóż jest na stole, bo na nim być powinien — ten sąd oparty jest na rozumie; drugi, że noża nie ma na stole, skoro go nie znajdujesz; ten oparty jest na doświadczeniu. Oto dwa niezgodne z sobą sądy o tym samym przedmiocie. A jednak są równoczesne. Jednocześnie twierdzisz, że nóż jest i że go nie ma na stole. Wołasz: „Jest tu, jestem tego pewien”, i w tej samej chwili doświadczasz, że go nie ma.

I skończywszy swoje dowodzenie ksiądz Lantaigne, jakby sztandarem scholastyki, potrząsnął swą kratkowaną chustką, upstrzoną tabaką.

Ale profesor nadzwyczajny na wydziale humanistycznym nie był przekonany. Nietrudno mu było wykazać pustkę tego sofizmatu; oszczędzając swego słabego głosu, odrzekł z cicha, że szukając noża doświadcza po kolei, nie zaś jednocześnie obawy i nadziei, skutków niepewności, która trwać nie może, bo ostatecznie zawsze skończyć się musi na tym, że z pewnością się stwierdzi, czy nóż jest na stole, czy go nie ma.

— Nic w tym przykładzie z nożem, nic absolutnie — dodał — nie da się porównać ze sprzecznym sądem, jaki by błogosławiony Rajmund, ksiądz Cazeaux lub ksiądz rektor mogli mieć o jakimś fakcie z Biblii, gdyby twierdzili, że jest jednocześnie prawdziwy i fałszywy. Ksiądz pozwoli mnie także uciec się do przykładu. Wybieram nie dlatego, żeby księdza zakłopotać, ale dlatego, że ten przykład sam mi się na myśl nasuwa, wybieram scenę, kiedy Jozue „wstrzymał słońce”...

Pan Bergeret przesunął językiem po wargach i uśmiechnął się. W głębi duszy był wolterianinem.