Do gabinetu przez odemknięte okna wnikał zapach rozkwitłych bzów i szczebiot wróbli. Prefekt godnie, spokojnie rozmyślał o tym, że wreszcie powoli cichną skandale, które po dwakroć pochłonąć już miały wodzów partii. Widział ten dzień, daleki jeszcze, kiedy znów będzie można robić dobre interesy. Myślał, że mimo trudności przejściowych, mimo tak niefortunnie rozdmuchanej niezgody w lożach masońskich i komitetach wyborczych wybory do rad miejskich wypadną dobrze. Miał doskonałych merów w tej rolniczej okolicy. Nastroje ludności były tak dobre, że obaj posłowie, skompromitowani w kilku sprawach finansowych i znajdujący się pod śledztwem, mimo to zachowali cały wpływ w swoich okręgach. Prefekt myślał dalej, że wybory z list nie dałyby wyników tak korzystnych. Z głębi duszy wypływały mu prawie filozoficzne uwagi na temat łatwości, z jaką można rządzić ludźmi. Miał jakby niejasną wizję trzody ludzkiej, która w swej niewyczerpanej, cichej łagodności daje się prowadzić pod okiem czujnego psa.

Pan Lacarelle wszedł do gabinetu z gazetą w ręku.

— Panie prefekcie, dymisję ministrów, przyjętą przez prezydenta Republiki, już ogłoszono w „Dzienniku Urzędowym”.

Prefekt Worms-Clavelin snuł dalej nić swych marzeń, a pan Lacarelle podkręcał galijskiego wąsa, przewracał swymi błękitnoporcelanowymi oczyma na znak, że chce wyrazić jakąś myśl. Wyraził ją też istotnie:

— Upadek rządu jest oceniany rozmaicie.

— Doprawdy? — zapytał prefekt nie słuchając wcale.

— I cóż, panie prefekcie, nie da się zaprzeczyć, że panna Klaudyna Deniseau przepowiedziała ten rychły upadek gabinetu.

Prefekt wzruszył ramionami. Był dość rozumny, żeby pojąć, że w spełnieniu tej przepowiedni nie było nic nadzwyczajnego. Ale Lacarelle z głęboką znajomością rzeczy lokalnych, z cudownie udzielającą się głupotą i potężnym instynktem ciemnoty opowiedział mu natychmiast trzy czy cztery najświeższe baśnie obiegające miasto, zwłaszcza rzecz o panu de Gromance. Święta Radegonda od razu odpowiedziała na jego ukrytą myśl, z którą przyszedł do niej: „Uspokój się, hrabio, dziecię, które żona twoja nosi w swym łonie, jest istotnie twoim synem”. Następnie Lacarelle powrócił do odnalezienia skarbu. W miejscu wskazanym znaleziono dwie monety rzymskie. Poszukiwania trwają dalej. Zdarzyły się także uzdrowienia, co do których pan sekretarz przytaczał niejasne, lecz za to obfite szczegóły. Prefekt Worms-Clavelin słuchał ogłupiały. Sama myśl o tej małej Deniseau trapiła go i niepokoiła. Wpływ wizjonerki na tłumy mieszkańców przechodził granice jego umysłu. Obawiał się zbłądzić na manowce w tej sprawie czysto psychicznej natury. Obawa ta osłabiała jego rozsądek, dość przecież krzepki w zwykłych okolicznościach życia. Słuchając Lacarelle’a bał się, że mu uwierzy, i instynktownie zawołał porywczo:

— Nie wierzę w takie rzeczy! Nie wierzę w to!

Jednakże wątpliwość i niepokój nieznośnie go trapiły. Zapragnął dowiedzieć się, co myśli o pannie Deniseau ksiądz Guitrel, którego uważał za człowieka uczonego i inteligentnego. Zbliżała się właśnie godzina, kiedy spotkać można było księdza w domu jubilera. Prefekt zastał Rondonneau młodszego w magazynie nad skrzynią, którą zabijał gwoździami. Ksiądz Guitrel szczegółowo oglądał pozłacane naczynie w rodzaju kielicha na wysokiej nóżce, z okrągłą pokrywką.