Ale ksiądz Lantaigne tego nie słyszał. Wstał i rzekł:
— Losy Francji w chrześcijaństwie nie są jeszcze skończone. Przeczuwam, że wkrótce Bóg znowu posłuży się tym narodem, który był ze wszystkich najwierniejszy i zarazem najniewierniejszy.
— Toteż — odparł pan Bergeret — zjawiają się teraz prorokinie, jak za nieszczęsnych czasów króla Karola VII. Wszak i w naszym mieście jest jedna, która poczyna sobie szczęśliwiej niż Joanna. Córkę Jakuba d’Arc nawet jej rodzice uważali za obłąkaną i szaloną, a panna Deniseau w swym ojcu znalazła ucznia i adepta. Nie sądzę jednak, by powodzenie jej mogło być wielkie i trwałe. Naszemu prefektowi, panu Worms-Clavelin, zbywa na wytwornym obyciu, ale jest on mniej głupi niż Baudricourt54, a dziś nie jest już zwyczajem naczelników państw dawać posłuch wizjonerkom. Spowiednik nie poradzi Feliksowi Faure55, by spróbował słuchać panny Deniseau. Na to ksiądz rektor może mi odpowiedzieć, że za dni naszych wpływ Bernadetty z Lourdes jest silniejszy, niż był kiedykolwiek wpływ Joanny d’Arc. Ta rozpędziła kilkuset zgłodniałych i wylękłych Anglików; Bernadetta poruszyła niezliczonych pielgrzymów i miliardy ich ściągnęła na nieznaną górę w Pirenejach. I mój czcigodny przyjaciel, pan Piotr Laffitte56 zapewnia mnie, że wstąpiliśmy w erę filozofii pozytywnej!
— Co do Lourdes — rzekł ksiądz Lantaigne — nie chcę ani mędrkować, ani wpadać w zbytnią łatwowierność, nie wydaję więc sądu w sprawie, co do której Kościół nie wydał orzeczenia. Ale już teraz w tym napływie pielgrzymów widzę triumf religii, tak jak pan sam widzi w nim porażkę filozofii materialistycznej.
XI
Rząd upadł. Prefekta Worms-Clavelin nie zmartwiło to ani zdziwiło. W duchu uważał, że rząd był zbyt niespokojny i niepokojący, podejrzewany nie bez powodu przez ziemiaństwo, przez wielki handel i przez drobnych kapitalistów. Ten gabinet ministrów nie mącił wprawdzie szczęśliwej obojętności mas, ale, z wielkim żalem pana prefekta, wywarł wpływ ujemny na masonerię, w której od lat piętnastu skupiało i streszczało się całe życie polityczne departamentu. Pan prefekt Worms-Clavelin potrafił przekształcić w swoim departamencie loże masońskie na instytucje, którym poruczono wyznaczać z góry kandydatów na urzędy publiczne, na posłów i na godności państwowe. Spełniając takie rozległe i określone zadania, loże zarówno oportunistów57, jak i radykalne zgromadzały się, łączyły we wspólnej akcji i zgodnie urabiały sprawy Republiki. Pan prefekt, rad, że ambicja jednych miarkuje chętki innych, według uzgodnionych wskazówek lóż dobierał senatorów, deputowanych, radców miejskich i dozorców robót publicznych, jednako oddanych rządowi, lecz dostatecznie różnych i dostatecznie umiarkowanych w sądach, by mogli zadowolić i zaspokoić wszelkie partie republikańskie prócz socjalistów. Panująca harmonia była dziełem pana prefekta Worms-Clavelin. I właśnie ostatni rząd radykałów tę szczęśliwą harmonię zakłócił.
Nieszczęście chciało, że posiadacz teki bez znaczenia — minister rolnictwa czy handlu — przejeżdżał przez departament i zatrzymał się na parę godzin w jego stolicy. Wystarczyło, że na jednym z posiedzeń loży wygłosił mowę filozoficzno-moralną. Mowa ta zamąciła wszystkie posiedzenia, rozdwoiła loże, poróżniła braci i doprowadziła do sporu obywatela Mandar, aptekarza z ulicy Culture, członka „Nowego Przymierza”, radykała, z panem Tricoul, właścicielem winnicy w Tournelle, członkiem „Świętej Przyjaźni”, oportunistą.
W duchu pan Worms-Clavelin stawiał jeszcze inny zarzut ostatniemu rządowi: palmy akademickie i ordery „Zasługi Rolniczej” rozdawał samym tylko radykałom, i to bardzo szczodrze, pozbawiając w ten sposób prefekta tej pomocy w rządzeniu, jaką daje posługiwanie się obietnicami odznaczeń i umiejętne ich dozowanie. Pan prefekt dawał wyraz tym myślom siedząc w swym gabinecie i szepcząc te gorzkie słowa: „Jeśli im się zdawało, że wywracając moje poczciwe loże i rozdając palmy pierwszym lepszym chłystkom w departamencie uprawiają politykę, to trafili jak kulą w płot”.
Toteż dowiedział się bez przykrości o upadku rządu.
Zresztą te zmiany, przewidywane zawsze, nie dziwiły go nigdy. Jego system administracyjny opierał się na tej zasadzie, że ministrowie przemijają. Starał się żadnemu ministrowi spraw wewnętrznych nie służyć zbyt gorliwie. Żadnemu nie chciał zbytnio się podobać i unikał wszelkich okazji do nadgorliwości. Umiarkowanie to, zachowywane przez cały czas trwania jednego rządu, zapewniało mu sympatię rządu następnego, który, od razu przychylnie usposobiony, zadowalał się znowuż mierną gorliwością — co prowadziło do łask trzeciego gabinetu. Pan prefekt Worms-Clavelin administrował powściągliwie, z placem Beauvau58 korespondował zwięźle, nie przysparzał pracy kancelarii ministerialnej i — trwał na stanowisku.