Trupa przejezdna poprzedniego dnia wystawiła Marszałkową z Pauliną Giry w roli głównej.
— Zawsze jeszcze jest doskonała ta Paulina Giry — rzekł doktor.
— Jest to opinia powszechna — powiedział księgarz.
— Zaczyna się starzeć — wtrącił pan de Terremondre przerzucając trzydziesty ósmy tom Historii powszechnej odkryć i podróży.
— Ale gdzie tam! — odrzekł doktor. — Pan wie, że ona wcale nie nazywa się Giry?
— Jej prawdziwe nazwisko jest Girou — odparł z pewnością siebie pan de Terremondre. — Znałem jej matkę, Klementynę Girou. Przed piętnastu laty Paulina Giry była bardzo piękną brunetką.
I wszyscy trzej w kącie księgarni zaczęli dochodzić, ile lat może mieć aktorka. Ale że liczyli według danych niepewnych lub fałszywych, otrzymywali wyniki niezgodne, czasem zupełnie niemożliwe, niezadowalające.
— Zmęczony jestem — rzekł doktor. — Wy po teatrze poszliście spać, a ja o północy wezwany zostałem do Duroc do starego wieśniaka cierpiącego na uwięzłą przepuklinę. Jego parobek mnie objaśnił tak: „Zwymiotował już wszystko, co zwymiotować można, krzyczy okrutnie, pewnie umrze”. Każę zaprzęgać i pędzę do Duroc, het, na sam koniec przedmieścia Tramayes. Zastaję chorego w łóżku, wyjącego z bólu. Twarz trupia, wymiotuje kałem. Świetnie! Jego żona mi mówi: „Złapało go we wnątrzu”.
— Paulina Giry ma lat czterdzieści siedem — rzekł pan de Terremondre.
— Bardzo być może — odpowiedział pan Paillot.