— Ale jeżeli plamy te istotnie nie są „zachciankami”, jeżeli odmawia się im przyczyny... że tak powiem... psychicznej, to nie pojmuję, jak mogło utrzymać się przekonanie, które znajdujemy w Biblii, a które dziś jeszcze podziela tak znaczna liczba osób. Moja ciotka Pastré była kobietą inteligentną i bynajmniej nie łatwowierną. Umarła zeszłej wiosny mając lat siedemdziesiąt siedem i do zgonu była przekonana, że trzy białe porzeczki, widoczne na ramieniu jej córki Berty, są pochodzenia dostojnego, bo powstały w parku Neuilly, tam bowiem w czasie swej ciąży, w jesieni 1834 roku, przedstawiona została królowej Marii Amelii i przechadzała się z nią po ścieżce obsadzonej krzewami porzeczek.
Doktor Fornerol nic na to nie odpowiedział. Nie miał wielkiej ochoty sprzeciwiać się sądom bogatej klienteli. Ale pan Bergeret, profesor nadzwyczajny na wydziale humanistycznym, przechylił głowę na lewe ramię, spojrzał w dal, co czynił zawsze, ilekroć chciał przemawiać, i rzekł:
— Panowie, faktem jest, że te znaki zwane „zachciankami” ograniczają się do małej liczby typów, które klasyfikować można według barwy i kształtu na poziomki, porzeczki, maliny, plamy z wina i kawy. Należy może dodać do tych typów rodzaj plam żółtych, rozlanych, w których usiłuje się rozpoznawać części tortów i pulpetów. Któż by uwierzył, że kobiety w ciąży mają jedynie chęć pić wino lub kawę z mlekiem, jeść czerwone owoce i, jak powiadają, pulpety? Podobna myśl obraża filozofię przyrody. Pożądanie, które według pewnych filozofów samo tylko stworzyło świat i utrzymuje go, działa u kobiet ciężarnych jak i u wszystkich istot żywych, lecz z większą jeszcze rozmaitością i z większą siłą. Daje im ono tajone zapały, ukryte namiętności, dziwne niepokoje. Nie poszukując nawet wpływu ich wyjątkowego stanu na zachcianki wspólne wszystkiemu, co żyje, nawet roślinom, przyznajemy, że ciąża nie powoduje obojętności, lecz raczej wypacza i potęguje głębsze instynkty. Gdyby niemowlę miało istotnie nosić ślady pożądań matki, widziano by niewątpliwie na jego ciele inne obrazy niż te niewinne poziomki i plamy kawowe, którymi zabawia się głupota kumoszek.
— Rozumiem pana — rzekł pan de Terremondre — kobiety lubią klejnoty, a więc dużo dzieci rodziłoby się z szafirami, szmaragdami i rubinami na palcach, ze złotymi bransoletami na rękach, sznury pereł i brylantów pokrywałyby im szyje i piersi. Dzieci takie mogłyby służyć przynajmniej na pokaz.
— Właśnie tak myślałem — odparł pan Bergeret.
I biorąc trzydziesty ósmy tom Historii powszechnej odkryć i podróży ze stołka, na którym położył go pan de Terremondre, profesor zatopił nos w książce między stronicą 212 a 213. Ta to karta od sześciu lat, gdy księgę otwierał, zawsze nieuchronnie ukazywała się jego oczom jako przykład monotonii, w jakiej upływa życie, jako symbol dni i prac w prowincjonalnym uniwersytecie, dni poprzedzających dzień zgonu i proces rozkładu ciała w trumnie. I tym razem, jak czynił to był tylekroć, pan Bergeret przeczytał w trzydziestym ósmym tomie Historii powszechnej odkryć i podróży pierwsze wiersze stronicy 212:
...znaleźć przejście na północ. — Niepowodzeniu temu — rzekł — zawdzięczamy, że mogliśmy ponownie zwiedzić wyspy Sandwich i wzbogacić naszą podróż odkryciem, które, choć ostatnie, zdaje się pod wieloma względami być najważniejszym, jakiego dokonali Europejczycy na całym obszarze Oceanu Spokojnego. — Pomyślne przepowiednie, zawarte w tych słowach, nie ziściły się, niestety.
I tym razem, jak po tylekroć, odczytanie tych wierszy napełniło pana Bergeret smutkiem. Podczas gdy był w nim pogrążony, pan Paillot, księgarz, wyniośle i lekceważąco odpowiadał młodemu żołnierzykowi, który żądał papieru listowego za jednego sou65.
— Nie sprzedaję papieru listowego na sztuki — oświadczył pan Paillot odwracając się od żołnierza. I począł uskarżać się na Leona, swego subiekta, który ciągle biega za posyłkami, a gdy raz wyjdzie, doczekać się go nie można. Toteż on sam, Paillot, musi przerywać swą pracę, by odpowiadać różnym natrętom. Teraz chcą odeń papieru listowego za sou!
— Pamiętam — rzekł doktor — jak w dzień targowy zaszła do pana poczciwa wieśniaczka żądając synapizmu i jak z wielkim trudem udało się panu powstrzymać ją, by nie podniosła spódnic, bo chciała pokazać miejsce, gdzie plaster trzeba przyłożyć.