Ksiądz Lantaigne wstał, wyjął z kieszeni chustkę w niebieską kratkę, przesunął nią po ustach, włożył na powrót do kieszeni, uśmiechnął się wbrew swemu zwyczajowi, poprawił brewiarz pod pachą i rzekł:

— Przyjemnie pana słuchać, panie Bergeret. Tak niegdyś przemawiali retorzy w Rzymie, gdy Alaryk wkraczał ze swymi Wizygotami. Jednakże retorzy w V wieku w cieniu cyprysów na Eskwilinie wygłaszali myśli mniej czcze, bo Rzym wtedy był chrześcijański, a pan już nie jest chrześcijaninem.

— Księże rektorze — odrzekł profesor — niech sobie ksiądz zostanie biskupem, tylko niech ksiądz nie będzie rektorem uniwersytetu.

— To prawda, panie Bergeret — powiedział ksiądz z głośnym śmiechem — że gdybym był rektorem uniwersytetu, zabroniłbym panu nauczania młodzieży.

— I wyświadczyłby mi ksiądz przysługę. Bo wtedy pisywałbym do dzienników jak pan Jules Lemaître76 i kto wie, czy jak on...

— He, he, czułby się pan świetnie między tymi wytwornisiami. Akademia Francuska ma słabość do libertynów.

Po tych słowach oddalił się krokiem równym, stanowczym i ciężkim. Pan Bergeret został sam na ławce, już w trzech czwartych okrytej cieniem. Boża krówka na jego ramieniu poruszała już od pewnego czasu skrzydełkami i w końcu odleciała. Pan Bergeret zadumał się. Nie był szczęśliwy. Miał umysł subtelny i ostry, którego nie wszystkie kolce zwrócone były na zewnątrz; bardzo często sam ranił się żądłami swej krytyki. Anemiczny śledziennik, miał żołądek bardzo delikatny i zmysły osłabione; sprawiały mu one więcej wstrętów i cierpień niż zadowolenia i radości. Był nieostrożny w słowach, a niezręczność ta tak zawsze była niezmienna i nieomylna, jak u innych najlepiej wyćwiczony spryt. Z subtelnym kunsztem korzystał z każdej sposobności, żeby sobie szkodzić. Wzbudzał we wszystkich naturalną odrazę i cierpiał z tego powodu, bo był sam usposobienia towarzyskiego i lubił obcować z ludźmi. Nigdy nie udało mu się wykształcić uczniów; literaturę łacińską wykładał w ciemnej, wilgotnej i pustej piwnicy, dokąd zepchnęła go zapalczywa nieprzychylność dziekana. Wszakże budynek uniwersytecki był obszerny. Wzniesiony w 1894 r. „nowy ten gmach — jak się wyraził na inauguracji pan prefekt Worms-Clavelin — świadczył, jak rząd Republiki dba o krzewienie wiedzy!” Była tam sala amfiteatralna ozdobiona przez Leona Glaize malowidłem alegorycznym, przedstawiającym Nauki i Literaturę; pan Compagnon wykładał tam swój oklaskiwany kurs matematyki. Inni profesorowie, czy to żółtej, czy czerwonej togi, wykładali różne nauki w pięknych, jasnych salach. Jeden tylko pan Bergeret pod szyderczym spojrzeniem woźnego schodził z trzema słuchaczami do ciemnej piwnicy. Tam, w ciężkim, dusznym powietrzu, z francuską finezją a niemiecką wiedzą tłumaczył Eneidę; tam swoim moralnym i literackim pesymizmem głęboko zasmucał pana Roux z Bordeaux, swego najlepszego ucznia; tam otwierał nowe widnokręgi, które jego samego przerażały; tam wyrzekł pewnego wieczora owe pamiętne słowa, które stały się sławne, a które powinny były raczej być zduszone w ciemnej piwnicy: „Urywki rozmaitego pochodzenia, niezgrabnie zlepione, złożyły się na Iliadę i Odyseję. Takie to wzory kompozycji naśladowali Wergiliusz, Fénelon i w ogóle autorowie epiccy wierszem lub prozą w literaturach klasycznych”.

Pan Bergeret nie był szczęśliwy. Nie otrzymał żadnego odznaczenia naukowego. Prawda, że gardził zaszczytami, ale czuł, że piękniej byłoby gardzić nimi otrzymując je. Ze swych prac literackich był w mieście mniej znany niż pan de Terremondre, autor Przewodnika dla turystów, niż generał Milher, ceniony w departamencie poligraf, mniej nawet niż uczeń jego, Albert Roux z Bordeaux, autor Nireidy77, poematu białym wierszem. Gardził sławą literacką wiedząc, że sława Wergiliusza w Europie polega na dwu sprzecznościach, jednym nonsensie i jednym nieporozumieniu. To prawda. Ale cierpiał nad tym, że nie miał stosunków z pisarzami takimi, jak Faguet, Doumic lub Pellissier78, którzy, jak mu się zdawało, odpowiadali jego umysłowi. Chciałby ich znać, żyć z nimi w Paryżu, jak oni pisywać w dziennikach, polemizować z nimi, dorównać im, może nawet ich prześcignąć. Czuł w sobie znaczną bystrość umysłu i napisał niejedną stronicę, którą uważał za udaną.

Nie był szczęśliwy. Był ubogi, żył z żoną i córkami w ciasnym mieszkaniu, w którym do syta zaznał niewygód wspólnego pożycia; często na biurku znajdował papiloty i często zasmucał go widok rękopisów popalonych rurkami do fryzowania włosów. Nigdzie nie miał spokojnego i przyjemnego schronienia prócz ławki w parku pod cieniem starego wiązu i kąta ze starymi książkami w sklepie Paillota.

Podumał chwilę nad swym smutnym losem, po czym wstał z ławki i poszedł drogą wiodącą do księgarni.