XIV

Gdy pan Bergeret wchodził do sklepu, księgarz Paillot z ołówkiem za uchem zajęty był zbieraniem „zwrotów”. Układał tomy, których żółte okładki, długo na słońce wystawione, ściemniały i popstrzone były przez muchy. Były to egzemplarze wzgardzone, które odsyłał wydawcom. Pan Bergeret dostrzegł wśród „zwrotów” utwory, które lubił. Nie zmartwił się tym jednak; miał zbyt wiele smaku, by ulubionym swoim autorom życzyć powodzenia u przeciętnych umysłów.

Pogrążył się, jak to miał w zwyczaju, w kąt pełen książek i z przyzwyczajenia wziął do ręki trzydziesty ósmy tom Historii powszechnej odkryć i podróży. Książka w zieloną skórę oprawiona otworzyła się sama na stronicy 212 i pan Bergeret raz jeszcze przeczytał nieuniknione słowa:

...znaleźć przejście na północ. — Niepowodzeniu temu — rzekł — zawdzięczamy, że mogliśmy ponownie zwiedzić wyspy Sandwich...

I pan Bergeret popadł w zadumę.

Pan Mazure, archiwista departamentalny, i pan de Terremondre, prezes Towarzystwa Rolniczego i Archeologicznego, obaj stali bywalcy w kącie starych ksiąg, przyłączyli się bardzo w porę do profesora literatury. Pan Mazure był zasłużonym paleografem, ale jego obyczaje nie były wytworne. Poślubił służącą archiwisty, swego poprzednika; na ulicy pokazywał się w połamanym słomianym kapeluszu. Był radykałem i napisał źródłową historię stolicy departamentu w czasie rewolucji. Z przyjemnością wymyślał rojalistom w swoim departamencie; ale ponieważ zażądał palm akademickich i nie otrzymał ich, zaczął ostatnio z takąż przyjemnością wymyślać swym przyjaciołom politycznym, a szczególnie panu prefektowi Worms-Clavelin. Z natury był skłonny do gniewu, a zawodowa wprawa w wyjaśnianiu tajemnic pchała go tym bardziej do plotek i obmowy. Mimo to był miły w obcowaniu, zwłaszcza przy stole, kiedy śpiewał wesołe piosenki.

— Wiecie co, panowie — rzekł do pana de Terremondre i pana Bergeret — prefekt miewa schadzki z kobietami w domu Rondonneau młodszego. Zdybano go na tym. Ksiądz Guitrel też tam uczęszcza. I właśnie ten dom w katastrze z roku 1783 nazwany jest „domem dwóch satyrów”.

— Ależ — odrzekł pan de Terremondre — w domu Rondonneau młodszego nie ma kobiet lekkiego prowadzenia.

— Każe je sprowadzać — odparł archiwista Mazure.

— Cóż to, kochany panie Bergeret — rzekł pan de Terremondre — słyszałem, że w pogawędkach w parku gorszy pan mego starego przyjaciela, księdza Lantaigne, cynicznie przyznając się do niemoralności politycznej i społecznej. Powiadają, że nie zna pan kresu ani miary...