— Mylą się — odparł pan Bergeret.
— ...że jest pan obojętny na formę rządu.
— Bynajmniej! Ale prawdę powiedziawszy, nie przywiązuję zbytniej wagi do formy rządu. Zmiany rządu prawie nie zmieniają położenia rządzonych. Nie jesteśmy zależni od konstytucji i ustaw, lecz od instynktów i obyczajów. Na nic się nie przyda zmieniać nazwę konieczności powszechnych, toteż tylko głupcy lub pożerani ambicją próbują dokonywać przewrotów.
— Nie więcej nad dziesięć lat temu — rzekł pan Mazure — dałbym się zabić za Republikę. Dziś, gdybym widział, że wywraca koziołka, założyłbym ręce i śmiałbym się. Lekceważy się dziś starych republikanów. Łaski mają tylko świeżo nawróceni. Nie mówię tego do pana, panie de Terremondre. Ale zbrzydło mi to. Zaczynam podzielać zdanie pana Bergeret. Wszystkie rządy są niewdzięczne.
— Wszystkie są bezsilne — rzekł pan Bergeret. — Mam tu właśnie w kieszeni nowelę, którą chciałbym panom przeczytać. Źródłem jej była anegdota, którą kilkakrotnie opowiadał mi ojciec. Wynika z niej, że władza absolutna jest najbardziej bezsilna. Chciałbym zasięgnąć zdania panów o tej drobnostce. Jeżeli się panom spodoba, poślę ją do „Revue de Paris”.
Pan de Terremondre i pan Mazure przysunęli swe krzesła do krzesła pana Bergeret, który wyciągnął zeszyt z kieszeni i zaczął czytać głosem cichym, lecz wyraźnym:
NOMINACJA
Ministrowie zebrali się...
— Pozwól mi pan posłuchać — rzekł księgarz Paillot. — Czekam na Leona, który nie wraca. Gdy go posłać za interesami, doczekać go się nie można. Muszę pilnować sklepu i obsłużyć klientów. Ale choć trochę posłucham czytania. Lubię się kształcić.
— Bardzo dobrze, panie Paillot — odrzekł pan Bergeret.