— Ten Pélisson, o którym pan mówił na Radzie, czy nie jest to człowiek niski, suchy, czarny, który przed pięciu laty był podprefektem w Saint-Dié?

Delarbre odrzekł, że istotnie Pélisson był przedtem podprefektem w Wogezach.

— Toteż mówiłem sobie: znam Pélissona. I pamiętam bardzo dobrze panią Pélisson. Siedziałem przy niej w czasie obiadu w Saint-Dié, dokąd udałem się na odsłonięcie jakiegoś pomnika. Pojmuje pan?

— Co to za kobieta? — zapytał Delarbre.

— Mała, czarna, szczupła. Pozornie chuda. Z rana w sukni pod szyję — nic szczególnego. Wieczorem, przy stole, w sukni wyciętej, z kwiatami przy gorsie — bardzo powabna.

— Ale moralnie, panie marszałku?

— Moralnie?... Nie jestem głupcem, nieprawdaż, lecz przyznaję się, że nigdy nie mogłem zrozumieć moralności kobiet. Mogę tylko powiedzieć, że pani Pélisson uchodziła za osobę sentymentalną. Mówiono, że lubi przystojnych mężczyzn.

— Pozwoliła panu tego się domyślić, kochany panie marszałku?

— Ależ bynajmniej, bynajmniej. Powiedziała mi przy deserze: „Przepadam za krasomówstwem. Szlachetna przemowa mnie porywa”. Nie mogłem oświadczenia tego wziąć do siebie. Prawda, że tegoż rana miałem krótką przemowę, ale kazałem ją ułożyć memu adiutantowi, oficerowi artylerii. Był on, niestety, krótkowidzem; napisał tekst tak drobnym pismem, że nic porządnie odczytać nie mogłem... Pojmuje pan?

Doszli do placu Vendôme. Delarbre podał marszałkowi swą małą, chudą rękę i wśliznął się pod sklepioną bramę ministerstwa.